Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Apel Fundacji Żeglujmy Razem. Potrzeba pomoc dla Sebastiana Sobaczyńskiego, kapitana jachtu „Polonus”

  • Tekst: Fundacja Żeglujmy Razem. Zdjęcie: Tomek Sosin
  • poniedziałek, 18 grudnia 2017

Wyrwany lodom Antarktydy „Polonus” wraca do kraju. O akcji ratowania jachtu czytaj w najnowszym wydaniu „Wiatru” –

http://magazynwiatr.pl/pdf/MagazynWiatr_01_2018.pdf

IMG_0845To wydarzenie bez precedensu w historii żeglarstwa. Jednostka uznana za utraconą, wróciła na ocean i zacumowała w porcie na Wyspach Zielonego Przylądka. Jest już bliżej macierzystego portu niż dalej. Ale niestety – po ponad dwóch latach walki o ocalenie jachtu, jego kapitan, bosman i aktualny armator popadł w tarapaty. A kadłub „Polonusa” wymaga remontu.

Jacht skupiał sporą grupę żeglarzy i sympatyków. Każdy, kto kiedykolwiek na nim pracował, pływał lub chociażby interesował się jego historią, stawał się jego fanem. Dlaczego? Bo „Polonus” to łajba z duszą. Jego historia to niejako historia kraju w pigułce. Po trosze historia każdego z nas. Nosi piętno polskiego romantyzmu i brawury. Szaleństwa i indywidualizmu. Kadłub jachtu klasy Roberts 44 zakupiono w 1984 roku, ale budowę w Stoczni im. Leonida Teligi nie bez perturbacji i chwil zwątpienia zakończono dopiero w 1991 roku. Jacht powstał dzięki ofiarności wielu pasjonatów, przede wszystkim ze środowiska akademickiego żeglarzy wielkopolskich. W krytycznej chwili pomocy finansowej udzielili górnicy z Kopalni Węgla Brunatnego w Koninie. W latach 1993-2006 jachtem opiekowała się fundacja „Żegluj z nami – Polonus”. Do 2001 roku, za sprawą prezesa fundacji Przemysława Biłozora i opiekuna jachtu Jacka Podgórskiego na pokładzie „Polonusa” zorganizowano 120 rejsów. Jacht przepłynął 51 000 Mm, a przez pokład przewinęło się około 1000 żeglarzy ze środowisk akademickich, w tym osoby niepełnosprawne (niewidome, niedowidzące i osoby z uszkodzeniem narządu ruchu). „Polonus” pływał po Bałtyku, Morzu Północnym, Morzu Śródziemnym oraz wokół Wysp Kanaryjskich.

W latach dwutysięcznych, pod egidą Piotra Mikołajewskiego, który wpierw był opiekunem jednostki, a następnie odkupił ją od AZS-u, „Polonus” podjął zadania wyprawowe. Po doposażeniu jachtu przez nowego armatora zorganizowano kilka ekspedycji – wieloetapową wyprawę na Spitsbergen (2008), opłynięcie Islandii (2010), Wyprawę Śladami Śmiałego (2012) trwającą 16 miesięcy i 3 tygodnie. W 2014 roku rozpoczęła ekspedycja Śladami Shackletona upamiętniająca słynną wyprawę irlandzkiego podróżnika. Niestety, przedsięwzięcie zakończyło się u brzegów Wyspy Króla Jerzego na Antarktydzie. Po pokonaniu 11 tysięcy mil „Polonus” osiadł na mieliźnie. Załogę ewakuowano do Polskiej Stacji Polarnej im. Arctowskiego, a jacht został wyciągnięty na brzeg, spionizowany i zabezpieczony. Akcja odbyła się w sylwestrowy wieczór 2014 roku z pomocą załogi argentyńskiego okrętu „Castillio”.

Po tym incydencie armatorską pałeczkę przejął Sebastian Sobaczyński, dotychczasowy bosman. Za symboliczną złotówkę odkupił jacht od Piotra – obu żeglarzom przyświecał ten sam cel: sprowadzić jacht do kraju. Rok później Sebastian zorganizował podróż na Antarktydę. W ekspedycji udział wzięło pięć osób, w tym jedna kobieta. Uwolnienie kadłuba z zamrożonej ziemi, stworzenie łoża, prace spawalnicze, uruchomienie silnika i wreszcie zwodowanie jachtu w otoczeniu cielących się gór lodowych, okazało się zadaniem trudniejszym niż przewidywano. Pomimo czasowego poślizgu, w końcu się udało. Przedsięwzięcie planowane na sześć tygodni zamieniło się w 80-dniową trudną walkę. Jacht został ocalony. Niepowetowana to szkoda, że rozłam z załodze, będący zapewne wynikiem napięcia psychicznego, odbywał się na internetowym forum i to w dodatku w stylu potępieńczych swarów. Szkoda, że gdy jacht był gotowy do pokonania Cieśniny Draka, na pokładzie pozostały tylko trzy osoby. W ostatniej chwili, na jednym z najtrudniejszych akwenów globu, załoga została osłabiona.

Dziś jacht stoi w Marinie Mindelo w archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. Ostatni etap przez Atlantyk Sebastian „Seba” Sobaczyński odbył samotnie (wbrew przestrogom życzliwych, doświadczonych i kompetentnych kapitanów). Na jachcie nieprzystosowanym do samotnej żeglugi i bez samosteru… Zdecydował się na ten rejs w obawie przed rosnącymi kosztami postoju w Brazylii. Na szczęście pogoda sprzyjała, a upadek z masztu skończył się najszczęśliwiej – dwoma dniami nieprzytomności. Po 56 dniach samotnej żeglugi „Seba” dotarł do Sao Vincent.

Dziś Sebastian, wpisujący się w kmicicowską retorykę „hajda na Wołmontowicze”, po dwóch latach pracy dla jachtu popadł w kłopoty finansowe. Dotąd wspierało go małe grono życzliwych przyjaciół, a wcześniej – przed wyprawą – akcję ratowania jachtu wsparło 365 osób przekazując kwotę około 90 tys. zł. Po odliczeniu podatku, do dyspozycji organizatora wyprawy pozostało 70 tys. zł. Czy zostały one rozdysponowane właściwie? Efekty wskazują, że tak. Ubezpieczyciel, wypłacając odszkodowanie, koszty sprowadzenia jednostki do kraju oszacował na miliony. „Seba” wydał dotychczas niewiele ponad 100 tys. zł.

„Seba” z pewnością nie zasługuje na odznakę wzorowego ucznia. Ale za determinację i skuteczną pracę zasłużył na słowa uznania. A także na pomoc. Jeśli zechcecie pomóc, podajemy kontu Fundacji Żeglujmy Razem: PKO BP 82 1020 4115 0000 9402 0071 3875.

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości