Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Niezwykłe losy braci Ejsmont

Katarzyna Skorska przypomina historię braci Ejsmont, wolnych żeglarzy z Węgorzewa

  • Katarzyna Skorska
  • czwartek, 21 maja 2015

Byli podobni do siebie jak dwie krople wody. I mieli to samo marzenie – morze. Katarzyna Skorska przypomina historię wolnych żeglarzy z Węgorzewa.

Minęło 45 lat od chwili, gdy Mieczysław i Piotr Ejsmontowie oraz towarzyszący im Wojtek Dąbrowski zaginęli w wodach Atlantyku – gdzieś między Puerto Deseado a Rio Gallegos w argentyńskiej prowincji Santa Cruz. Był grudzień 1969 roku. Bliźniacy z Węgorzewa kontynuowali swój wymarzony rejs dookoła świata niewielkim, a właściwie maleńkim, jachtem „Polonia”. Wyruszyli z Nowego Jorku 12 lipca. Trasa miała prowadzić na wschód: do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, poprzez Kapsztad w RPA, do Australii, przez Pacyfik i wokół Hornu. Pierwsze 3360 mil z Nowego Jorku do Las Palmas pokonali w 31 dni i 12 godzin właściwie bez większych przygód (nie licząc bliskiego spotkania ze śpiącym wielorybem). Przez północny i środkowy Atlantyk „Polonia” płynęła ze średnią prędkością 110 mil na dobę. Po tygodniowej przerwie, drobnych remontach i uzupełnieniu prowiantu, 21 sierpnia wyruszyli z Las Palmas w stronę południowej Afryki. Niestety tym razem ocean okazał się mniej łaskawy. Potężna sztormowa fala uszkodziła jacht. Większość prowiantu zamokła, więc musieli zmienić plany. Zamiast wokół Afryki, popłynęli w stronę Brazylii. W Rio de Janeiro wylądowali bez pieniędzy, a naprawa jachtu zajęła im dwa miesiące.

O wyprawie bliźniaków, wolnych polskich żeglarzy, zrobiło się głośno w argentyńskich mediach. Specjalne audycje przygotowało radio Wolna Europa. Rejsem ekscytowała się Polonia w obu Amerykach. Być może dlatego, zamiast czekać na sprzyjającą pogodę na lądzie przez kolejne miesiące (by minął okres huraganów i otworzyła się droga w stronę Australii), bracia postanowili opłynąć Ziemię Ognistą i Horn. Wyruszyli z Buenos Aires, gdzie dosiadł się do nich Wojtek Dąbrowski (miał im towarzyszyć tylko do chilijskiego portu Punta Arenas w Cieśninie Magellana). Planowali atak na Horn, którego nikt wcześniej nie opłynął tak niewielką łódką. „To byłby rekord świata, gdyby tak małym jachtem udało się pokonać to przejście” – komentowano w polonijnej prasie. Jacht był rzeczywiście nieduży: niespełna siedem metrów długości, dwa metry szerokości – po prostu łupinka. Nie wiadomo czy w ogóle nadawał się do takiej wyprawy. Była to co prawda typowa morska jednostka zbudowana z nowoczesnych jak na owe czasy materiałów, ale jak pisał kapitan „Otago” Zdzisław Pieńkawa – najsłabszą stroną wyprawy był właśnie jacht, przeznaczony raczej do żeglugi po osłoniętych wodach. Nie mógł się przeciwstawić rozszalałym wodom południa. Co prawda wyposażenie nawigacyjne, ratunkowe i sygnalizacyjne „Polonii” odpowiadało ówczesnym przepisom morskim, jednak Ejsmontowie zamierzali opłynąć najniebezpieczniejszy z przylądków, obszar nieustannie przesuwających się niżów, gdzie przez większą część roku wieją silne wiatry, a pędzące masy wody wypiętrzają się i tworzą olbrzymie fale. Tam nie wystarczą umiejętności i dobry sprzęt. Potrzebne jest także szczęście. Bliźniacy z Węgorzewa nie dotarli nawet w rejon Cieśniny Magellana.

Mazury były dla nich za ciasne

Piotr i Mieczysław Ejsmont urodzili się w Grodnie w listopadzie 1940 roku. Po wojnie rodzina przeniosła się do Kętrzyna, a kilka lat później – do Węgorzewa. Bliźniacy Mietek i Piotruś, najstarsi z czworga rodzeństwa, w zasadzie nie sprawiali kłopotów wychowawczych. Tyle że często uciekali się do rozmaitych wybiegów, by ukryć przed rodzicami swoje wodne eskapady. Nie zawsze bezpieczne. Bywało, że zamiast do szkoły wędrowali nad Mamry, by testować własnoręcznie sklecone łódki uzbrojone w prześcieradła ukradkiem wyniesione z domu.

– Od najmłodszych lat działali w Klubie Morskim LOK w Węgorzewie i od zawsze marzyli o morzu i dalekich rejsach – wspomina ich młodsza siostra Wanda Śmiechowicz, z domu Ejsmont, która w październiku gościła w Warszawie. – Gdy mieli 13 lat, już planowali opłynięcie Hornu. Ich pokoik na poddaszu był pełen książek o morzu, słynnych żeglarzach i ich wyczynach. Do późna paliło się tam światło, a oni wręcz połykali wszystkie dostępne lektury. Bracia często zabierali mnie na jezioro, pływaliśmy omegą albo dezetą. Pamiętam, że zdenerwowaną mamę uspokajali słowami „nie martw się mamuś, gdy Wanda jest z nami, nic jej się nie może stać, nawet włos z głowy jej nie spadnie”. I rzeczywiście, zawsze pod ich opieką czułam się bezpiecznie. Nawet wtedy, gdy podczas pływania dezetą dopadła nas burza – dodaje Wanda Śmiechowicz.

Podczas niezliczonych mazurskich wypraw Mieczysław i Piotr poznali na wskroś swoje jeziora. Każdą ich mieliznę i każdą zatokę. I w końcu te jeziora skurczyły się tak bardzo, że zapragnęli wypłynąć na szersze wody. „Na jeziorach dłużej nie mogliśmy usiedzieć. Rejsy statkami Szkoły Rybołówstwa Morskiego, najpierw w charakterze załogantów, a później bosmanów, przekonały nas, że naszym miejscem jest morze” – mówili wiele lat później w wywiadzie dla radia Głos Ameryki. Niestety, niełatwo było wtedy wypłynąć w morski rejs.

Rzucili naukę w technikum rybołówstwa w Giżycku i zapisali się na kurs marynarski w Gdyni. Czy został on niespodziewanie odwołany? Czy może bliźniacy okazali się za młodzi? Tego nie wie nawet ich siostra. Faktem jest, że chłopcy jak niepyszni wrócili do Węgorzewa. Udało im się jednak odbyć kilka upragnionych rejsów morskich na dużych jachtach szkoleniowych. Pływali na „Zawiszy Czarnym”, „Henryku Rutkowskim” i „Generale Zaruskim”. Równocześnie pracowali zarobkowo jako bileterzy na dworcu kolejowym w rodzinnym mieście. Sprzedawali bilety i żeglowali po morzu. Jak to możliwe? Ponoć gdy jeden pływał, drugi w tym czasie pracował za siebie i za brata – byli przecież tak do siebie podobni.

Przez Bornholm do więzienia

W 1959 roku Mietek i Piotr Ejsmont mają po 19 lat i kilka rejsów morskich na koncie – pełnią funkcje załogantów, a później także bosmanów. Ale marzeń i morskich apetytów mają znacznie więcej. W głowach rodzą się im śmiałe pomysły, by popłynąć dalej. Wtedy też powstaje zuchwały plan rejsu dookoła świata.

Na początek starają się zorganizować samodzielną wyprawę choćby przez Bałtyk. Ale na drodze stają te wszystkie przepisy, ograniczenia, zakazy i nakazy – zwykła szara komunistyczna rzeczywistość. Ejsmontowie łatwo się jednak nie poddają. Piszą listy. Odwiedzają różne instytucje. W odpowiedzi słyszą często, że są za młodzi. Ale przecież morze wciąż ich woła…

Pod koniec sierpnia 1959 roku zdeterminowani pakują worki i ruszają do Szczecina, gdzie w sobie tylko wiadomy sposób wypożyczają „Powiew”, sześciometrową mieczówkę. Wypływają na niej na podbój Bałtyku. Do dziś nie wiadomo, w jaki sposób ominęli patrole morskie. Szczenięca zagrywka – to prawda. Sami później przyznali, że nie było to zbyt rozważne. Ale przecież tak bardzo chcieli żeglować. W rubryce cel wyprawy wpisują: „Rejs próbny przed wyprawą przez Atlantyk”. Wychodzą w morze mimo ostrzeżenia sztormowego. Później tak opisywali to, co przeżyli: „Płynęliśmy pod wiatr na mocno zrefowanym foku i grocie. Płynęliśmy jak upiór bez świateł. Bałtyk się srożył. Dmuchało z siłą 6, 7 stopni. Co pół godziny wylewaliśmy z jachtu około 30 wiader wody. Trzymaliśmy kurs na północ, planując dotarcie do Kopenhagi. Piekielny szkwał chciał koniecznie wywrócić naszą jolkę”.

Mimo dużej fali, sporego wiatru i groźnych szkwałów docierają w końcu do portu Rønne na Bornholmie. Na miejscu wzbudzają zdziwienie i podziw, że taką łupinką ośmielili się pokonać Bałtyk podczas jesiennej burzliwej nocy. Wprawiają też w popłoch pracowniku konsulatu PRL. Bo właśnie do konsulatu zgłaszają się z prośbą o udostępnienie żywności. Zapewniają przy tym, że nie chcą żadnego azylu, a po skończonym rejsie na pewno powrócą do kraju. Przedstawiciele duńskiej władzy odstawiają ich do polskiej ambasady w Kopenhadze. Stamtąd Ejsmontowie zostają deportowani do kraju. I zamiast w dalekim świecie, lądują na kilka miesięcy w więzieniu w Goleniowie. Zostają oskarżeni o nielegalne przekroczenie granicy i uprowadzenie jachtu.

Na proces czekają w osobnych celach. Prokurator żąda dla bliźniaków po pięć lat więzienia. Obrońca prosi o umorzenie sprawy, powołując się na artykuł z kodeksu karnego mówiący o znikomej społecznej szkodliwości czynu. Bracia budzą sympatię – nawet ówczesny sekretarz ambasady PRL w Kopenhadze pisze list do obrońcy: „Co do Ejsmontów, podzielam pogląd, że tym chłopcom trzeba pomóc. To są fanatycy morza, którzy na tej skorupie chcieli płynąć przez Atlantyk. Podkreślali wielokrotnie Duńczykom, że nie chcą azylu, a tylko prowiantu na dalszą drogę”. Adwokat w swej mowie mówi o wyczynie sportowym, szlachetnych pobudkach, którymi się kierowali w swej chęci poznania świata, a także o miłości czy wręcz namiętności do żeglarstwa. Te słowa sprawiają, że sąd umarza dochodzenie i zwraca chłopcom wolność, razem z prawami żeglarskimi. Niestety ówczesny PZŻ zaraz im te odzyskane uprawnienia ponownie zabiera…

Braci czeka teraz służba wojskowa. Cieszą się, gdyż otrzymują przydział do Marynarki Wojennej, co oznacza, że znów będą na morzu. Po odbyciu służby wojskowej Piotr i Mieczysław ze stopniami kapitanów żeglugi bałtyckiej dostają pracę na jachtach „Polonia” i „Wielkopolska”. Pełnią funkcje bosmanów. Ani na moment nie zapominają jednak o swoich dalekomorskich planach. Niestety komunistyczna władza pilnuje, by bracia nie próbowali więcej wspólnej ucieczki, dlatego nigdy nie mogą wypływać w morze razem. Na dodatek odmówiono im udziału w rejsie polskich żeglarzy dookoła Ameryki Południowej, choć do wyprawy zgłosili się z wielkimi nadziejami i jako jedni z pierwszych. Wyprawa na jachcie „Śmiały” w latach 1965 – 1966 wiodła przez Kanał Kiloński, Anglię, Wyspy Kanaryjskie, Cieśninę Magellana, Patagonię, Kanał Panamski i ponownie przez wody Starego Kontynentu. Trwała 459 dni, „Śmiały” odwiedził 31 portów i pokonał 22841 mil. Piękny wielki wyczyn pod polską banderą, ale niestety bez Ejsmontów na pokładzie.

Druga ucieczka do Danii i przeprawa przez Atlantyk

Latem 1965 roku Mieczysław i Piotr uciekają po raz drugi. Tym razem już świadomie. Piotr wyrusza jachtem z turystami do Kopenhagi i tam schodzi na ląd. Mieczysław startuje w bałtyckich regatach, symuluje chorobę i także obiera kurs na Danię. Rodzice o ucieczce synów dowiadują się, gdy do domu przychodzą pracownicy bezpieki. „Powodem opuszczenia kraju jest chęć opłynięcia świata i uprawiania wolnej swobodnej żeglugi, na co w ojczyźnie nie mamy szans” – tak argumentują swoją prośbę o azyl polityczny w Danii. Dostają mieszkanie, pracę w fabryce i zbierają każdy grosz na własny jacht. Po roku kupują kadłub niewielkiej jednostki i nadają jej imię „John” (na cześć prezydenta Stanów Zjednoczonych Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który wielokrotnie wypowiadał się o potrzebie wprowadzenia wolności w krajach bloku wschodniego). W maju 1967 roku Ejsmontowie wyruszają na jachcie „John” z postanowieniem złożenia wiązanki kwiatów na grobie Kennedy’ego. Na rufie zawisa bandera Wolnych Polskich Żeglarzy, którą sami zaprojektowali: biało-czerwona flaga z wcięciem, błękitną obwódką i orłem w koronie. Ale wyprawa trwa krótko, zaledwie 10 dni. Na Morzu Północnym jacht zostaje uszkodzony przez duński tankowiec. Bracia wracają do fabryki i znów pracują po kilkanaście godzin dziennie, by jak najszybciej zarobić na kolejną jednostkę. Tym razem z pomocą przychodzi miejscowa Polonia, otrzymują też odszkodowanie przyznane przez izbę morską.

W kwietniu 1968 roku wodują „Johna II”. W maju wyruszają z Kopenhagi do Ameryki. Bez przeszkód pokonują Kanał Kiloński. Kolejne przystanki to Scheveningen (dzielnica holenderskiej Hagi), Cherbourg, Plymouth, porty hiszpańskie, portugalskie i wreszcie Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich, gdzie czekają aż do października na lepsze warunki do pokonania Atlantyku. Rejs relacjonuje radio Wolna Europa, do którego bracia wysyłają listy z kolejnych portów. „Bardzo dziękujemy za życzenia pomyślnych wiatrów na Atlantyku i mamy nadzieję, że Bóg i Neptun będą nam łaskawi” – pisali w jednym z listów. Na oceaniczną trasę pasatową wyruszają 20 października. Rejs na karaibską wyspę Antigua trwa 34 dni, pokonują 2800 mil. „John II”, maleństwo bez silnika, jest tego roku najmniejszym jachtem, który przepłynął Atlantyk. W drodze do Ameryki zaliczają trzydniowy sztorm w rejonie Kuby. Tracą prowiant. Aż wreszcie 24 grudnia 1968 roku docierają do Miami na Florydzie. Przybycie Ejsmontów do USA jest sporym wydarzeniem. Bracia spotykają się z senatorem Edwardem Kennedym, przyjmują zaproszenie do Kongresu, gdzie właśnie witają astronautów z misji „Apollo-8”, składają wiązankę biało-czerwonych kwiatów na grobie zamordowanego prezydenta Kennedy’ego, goszczą w domach polskich rodzin w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Chicago, a ich „John II” trafia do muzeum w mieście Częstochowa pod Filadelfią. „Ejsmontowie to potężny kapitał działający na wyobraźnię młodych pokoleń na obczyźnie” – mówi Henryk Wyszyński, ówczesny dyrektor Polsko-Amerykańskiego Komitetu Emigracyjnego.

Ostatni ślad

Sukces podróży przez Atlantyk sprawił, że bracia wracają do realizacji największego marzenia – opłynięcia kuli ziemskiej. Zaczynają zbierać fundusze na nowy jacht. Pomaga im mieszkająca w Detroit ciotka Emilia Markiewicz-Marks. Dzięki niej Ejsmontom udaje się wyposażyć kolejny jacht nazwany „Polonia”. Wyruszają 24 listopada 1969 roku. Po tygodniach na oceanie i zawinięciu do Brazylii w ostatnim liście do domu piszą: „Kochani rodzice – już za tydzień opuszczamy Buenos Aires. Akurat w święta Bożego Narodzenia będziemy pośród lodów południa na przylądku Horn. Jest to najlepszy czas na takie przejście. Przygotowujemy się do tego bardzo solidnie i bardzo poważnie”.

W czasach PRL o istnieniu wolnych polskich żeglarzy z Węgorzewa wiedzieli jedynie rodzina, przyjaciele i niewielka grupa osób związanych ze środowiskiem żeglarskim. Co prawda w rodzinnym mieście braci już w latach 70. zaczęto organizować regaty poświęcone ich pamięci, ale ze względu na cenzurę nazywały się wówczas Regatami Babiego Lata. Po 1989 roku mama Mietka i Piotrusia doczekała chwili, gdy jej synów przestano uważać za zdrajców ojczyzny i jedną z ulic w Węgorzewie nazwano ich imieniem. Od kilkunastu lat, zawsze w pierwszą sobotę września, na jeziorze Mamry rozgrywany jest Memoriał Braci Ejsmontów.

Katarzyna Skorska

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości