Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Jak zorganizować rejs w Nowej Zelandii?

  • Mateusz Jabłoński, OR
  • piątek, 7 maja 2010

Rejs po wodach Nowej Zelandii to przygoda na krańcu świata. Jak ją zorganizować?

Najpierw trzeba na ten koniec swiata dotrzeć. Wybrałem wariant ekonomiczny. Z Poznania polecieliśmy liniami Wizzair do Londynu. Dalej kolejką do Gatwick i następnie liniami Emirates, przez Dubaj, do Auckland.

Planując wylot z Londynu proponuję korzystać ze strony internetowej www.netfights.com. Podają na niej chwilowe ceny przelotów wielu linii, co umożliwia wstępny wybór najkorzystniejszej oferty. To ważna informacja, bo ceny biletów mogą się mocno różnić (koszt lotu: od 4 tys. zł z Londynu do 6 tys. zł z Polski przez Niemcy i Singapur). Lot do Nowej Zelandii trwa od 35 do 40 godzin, w tym od pięciu do 15 godzin trzeba spędzić na lotniskach.

Przed międzylądowaniem w Australii otrzymujemy deklarację imigracyjną, ale jeżeli nie zamierzamy opuścić lotniska, nie trzeba jej wypełniać. Jeśli zapragniecie zwiedzić Australię, to przed podróżą, jeszcze w Polsce, trzeba załatwić wizę. Jest bezpłatna i otrzymacie ją przez Internet na własną skrzynkę mailową po około dwóch dniach (www.immi.gov.au/visitors). Jeżeli w czasie podróży zaopatrzycie się w strefie wolnocłowej w alkohol (na przykład w Dubaju), to w Australii z pewnością wam go odbiorą.

Wjeżdżając do Nowej Zelandii okazujemy paszport. Formularz deklaracyjny warto wypełniać starannie. Jeśli mamy obuwie trekkingowe, płetwy lub wędki – wpisujemy. Jedzenia nie wwozimy. Ani resztek ze śniadania serwowanego w samolocie, ani weków schowanych w głównym bagażu. Kara za próbę wwiezienia do Nowej Zelandii choćby ogryzka jest drakońska.

W Londynie pozostawiłem w plecaku cztery mandarynki. W Nowej Zelandii lotniskowy terrier oraz jego opiekun z biohazard office oczywiście wytropili tą niebezpieczną kontrabandę. Na szczęście skończyło się jedynie na dokładnym przeglądaniu bagażu i drążeniu po co, dlaczego i gdzie podróżuję. Wspomnienie o żeglarstwie i pokazanie umowy czarterowej spowodowało, że stali się bardzo mili i nie wyciągnęli żadnych konsekwencji. Dwa jabłka, które chciała przemycić w bagażu pewna Nowozelandka, zubożyły jej kieszeń o paręset nowozelandzkich dolarów. Przed wyjazdem z Polski warto więc zapoznać się z informacjami zawartymi na stronie internetowej  www.customs.govt.nz/travellers/default.htm

Na lotnisku w Nowej Zelandii miłe zaskoczenie, wszystkie polskie karty bankowe działają!

Mariny i obyczaje

Z lotniska wzięliśmy dużą, wygodną taksówkę. Kurs do Bayswater Marina (30 km) kosztował nas 120 dolarów. To dość drogo, bo za taką kwotę w Nowej Zelandii można wypożyczyć dobry samochód na cały dzień. Trzeba jednak pamiętać o ruchu lewostronnym.

Żeglując w Nowej Zelandii trzeba pamiętać o kilku ważnych drobiazgach. Chęć wejścia do mariny należy zgłosić odpowiednio wcześnie. Chcąc stanąć w atrakcyjnych miejscach (na przykład w centrum Auckland), trzeba się awizować nawet 24 przed planowaną wizytą. Jeśli  przypływamy do Nowej Zelandii pod obcą banderą, zgłoszenie przekroczenia granicy powinno nastąpić 48 godzin przed wejściem do portu. Dokładne przepisy znajdziecie na stronie internetowej www.customs.govt.nz.

Wejście do mariny i zacumowanie bez wcześniejszego zezwolenia może skutkować ostrą reprymenda lub co najmniej delikatnym zwróceniem uwagi, że postąpiliśmy niewłaściwie. Czyli zamierzając wejść do mariny wywołujemy ją na VHF lub telefonujemy. Jeśli zakładamy, że wpłyniemy po czasie pracy obsługi, nawiązujemy kontakt odpowiednio wcześniej i ustalamy miejsce naszego cumowania. Podczas rozmowy można załatwić klucz do toalet i pryszniców oraz do bramek na pomosty przeważnie zamykanych na noc. Mariny podają co prawda telefony czynne po godzinach, ale często nikt ich nie odbiera.

Ceny postojów są dość zachęcające – żeglując Bavarią 36 płaciliśmy 20 dolarów nowozelandzkich (raz zdarzyło się zapłacić dwukrotnie więcej). W cenie są toalety, dostęp do prądu, wody, jedynie za prysznic trzeba zapłacić dodatkowo, od 50 centów do 1 dolara.

Pomosty w marinach są zazwyczaj pływające. Stanowiska dla jachtów ograniczone są z dwóch stron dalbami z cumami lub z jednej strony dalbą, a z drugiej krótkim pływającym pomostem.

Pływy i pogoda

Nowa Zelandia to obszar pływowy (rytm półdobowy). Skok raczej nie przekracza dwóch metrów. Jeśli przy wysokiej wodzie mamy pod kilem trzy metry (nie widzimy wówczas charakterystycznego czarnego pasa porośniętego pąklami na przybrzeżnych skałach) to powinniśmy być bezpieczni.

Wieczorem, jeśli nie przemieszcza się front, wiatr cichnie i może lokalnie zmienić kierunek. Ot normalne zjawisko nocnej bryzy. Warto uczulić na to wachtę.

Prognoz pogody szukajcie na kanale 20 VHF. Prognozy podawane są non stop. Co sześć godzin są uaktualniane. Przez 17 dni naszego pobytu w Nowej Zelandii cały czas wiało z sektora zachodniego, od 10 do 20 węzłów. Silniejsze wiatry, do 25 węzłów, pojawiały się przy kierunkach południowych i północnych. Wówczas fala rosła nawet do 1,5 metra. Opady są przelotne, ale niekiedy naprawdę bardzo ulewne. Burze są raczej rzadkim zjawiskiem, ale widząc deszczowy cumulus trzeba się liczyć z krótkim szkwałem do 30 węzłów.

Temperatury są wręcz idealne dla żeglarzy z Europy. W dzień od 22 do 28 stopni Celsjusza. W nocy od 12 do 18 C. To oczywiście temperatury odczuwalne w cieniu, w miejscu bezwietrznym. Na morzu, nawet, gdy wieje od równika, jest nieco chłodniej. Trzeba przy tym uważać na silne promieniowanie słoneczne. Czapka z daszkiem, koszula, spodnie, okulary i krem z wysokim filtrem – to niezbędny ekwipunek całej załogi.

Te wszystkie uwagi, zachęcające do zaplanowania żeglarskie idylli, nie dotyczą rejonów południowych, a zwłaszcza otoczenia South Island. Tam prognozy prawie zawsze są poprzedzane informacją o nadchodzącym bardzo silnym wietrze. Nie popłynąłbym tam na Bavarii 36.

Czarter

Nasz jacht North True stacjonuje w Bayswater Marina. Jest własnością Roba, który zawiaduje firmą czarterową (znajdziecie ją pod adresem www.charterlink.co.nz). Procedura czarteru jest taka jak na całym świecie, z tą różnicą, że dość skrupulatnie trzeba wypełnić wszystkie druki – między innymi listę załogi i kompetencji. Firma Roba jest bardzo przyjazna i często idzie na rękę. Na 14 dni przed czarterem zmieniliśmy bez żadnych problemów termin czarteru i jednostkę. Na miejscu Rob użyczył nam swego samochodu do transportu jedzenia, pokazał okolicę i na nasze życzenie opóźnił o parę godzin zdawanie jachtu. Cała procedura odbyła się jak w każdym cywilizowanym kraju czyli szybko i bez liczenia widelców.

Kaucję opłaciliśmy przy użyciu karty kredytowej, gotówka nie wchodzi w grę. Zapoznałem się z zobowiązaniem, że nie będę pływać w nocy. Nie będę opuszczać jachtu na dłuższy czas w czasie pobytu jednostki na kotwicy. Przeczytałem też oświadczenie o zaliczeniu safety trening, podpisałem stosowne dokumenty i obiecałem Robowi, że przynajmniej raz dziennie dokonam wpisu do dziennika pokładowego.

Z tym pływaniem w nocy jest tak, że oczywiście da się pływać, ale daleko od brzegu. Poza tym do wielu zatok, a nawet marin, wejście w nocy jest wykluczone, gdyż oznakowanie nocne jest bardzo słabe. No chyba, że ktoś całkowicie powierzy jacht swojemu GPS. Ja do takich nie należę.

Bavaria 36 nie należy do wielkich jachtów, ale dla sześciu osób jest wystarczająca. Plotter GPS zamontowany w kokpicie naszej jednostki był niestety słaby, w słońcu nieczytelny. Bardzo dobrze armator wyposażył biblioteczkę nawigacyjną. Na liście wyposażenia ratowniczego i sygnalizacyjnego znaleźliśmy: kamizelki, EPIRB, VHF, telefon komórkowy na kartę i tylko po dwie sztuki czerwonych flar i świec dymnych. Instalacja 12V plus przetwornica 230V. Umożliwiało to ładowanie laptopów, kamer i telefonów niezależnie od instalacji 230V działającej po podłączeniu do gniazda w marinie. Uwaga! Wyjeżdżając do Nowej Zelandii trzeba się zaopatrzyć w przejściówkę do gniazdek elektrycznych. Są one inne niż w USA czy w Unii Europejskiej i podłączenie zwykłej wtyczki jest niemożliwe.

Żagle na jachcie mieliśmy po prostu doskonałe. Grot pełnolistwowy z lazzy jack i dwoma refami (system refowania za pomocą jednej liny) oraz rolowaną, dobrze skrojoną genuę, która nawet zmniejszony o połowę zadowalająco pracowała na bajdewindzie.

Ponton miał sztywne dno oraz kółka pozwalające na odciągnięcie go na plaży poza strefę przypływu. Sztywne dno jest w tym rejonie bardzo ważne, gdyż brzegi przeważnie są skaliste i pokryte ostrymi muszlami.

Większość jachtów ma na rufie grill gazowy. W bakistach znajdziecie masę żyłek na szpulach oraz pełno haczyków pozwalających na poranne połowy. W jednej z zatok, w krótkim czasie, wyciągnąłem cztery sztuki. Ryby podobne do okoni. Każda ważyła około kilograma. Niestety po obróbce i usmażeniu okazało się, że ryby w smaku są średnie. Na jachcie znalazłem książkowy przewodnik po faunie Nowej Zelandii, ale bez opisu jak tą faunę przyrządzać i czy z pewnością nadaje się do zjedzenia. Post factum zajrzałem do Internetu i okazało się, że na nasze talerze zawędrowały ryby zwane Parore. Niezbyt wysoko cenione, niektórzy twierdzą, że te osobniki w swym menu mają ludzkie odchody. Ot taki łańcuch pokarmowy, w którym nie wiadomo, kto jest ostatnim ogniwem. Przeglądając kulinarne dyskusje na forach internetowych znalazłem opinię, że z ryby Parore najlepsze są małe filety maczane w cieście piwnym i rzucane na głęboki olej. Spotkałem też wpis przekonujący o tym, że lepsza od tej ryby jest wewnętrzna strona podeszwy tenisówki chińskiego dokera. W każdym razie brzegi Nowej Zelandii umrzeć z głodu nie pozwolą i kija warto moczyć.

W drogę

Po oddaniu cum płyniemy na drugą stronę zatoki do Mariny Viadukt. Nasz plan: krótki rekonesans po centrum Auckland, czyli w języku Maorysów „Tāmaki-makau-rau” (po naszemu: „Pani, która ma tysiąc kochanków”.

Auckland to kosmopolityczne miasto. Obok rdzennych Maorysów i przyjezdnych Anglosasów spotkamy mozaikę narodowościową i kulturową z całej Azji i Oceanii. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia na głównej ulicy 40-osobowy chór Maorysów ubranych w spódniczki śpiewał kolędy. Paręset metrów dalej zasuwała procesja wyznawców Hare Kriszny.

Na przedzie kroczył duży Sikh. Za nim kilku trochę mniejszych. Z tyłu uwijało się paru facetów w czerwonej, włochatej maszkarze. Po prostu udawali smoka. Za smokiem białe krowy pomalowane w żółte ornamenty. Dalej duży, kolorowy wóz z kobietami zawodzącymi przez megafon. Mali chłopcy rozdawali święte obrazki i kokosowo-ryżowe przekąski. Nad bezpieczeństwem wyznawców czuwali policjanci na Hondach odziani w czarne, skórzane uniformy. W ogóle nie przejmowali się tym, że nad słodkim zapachem tlącej się mirry, dominował swąd palonej marihuany.

Czasami, po zejściu z głównych arterii, wydaje się że Auckland leży gdzieś w Chinach. To raj dla lubiących podjeść co nieco. Na drugie śniadanie smażona jagnięca wątróbka. Na obiad suchsi. Na kolację coś z chińskiej restauracji. Wszystko w znośnych cenach. Nie oszczędzając w restauracjach powinno wam wystarczyć około 100 dolarów nowozelandzkich na dzień. Ale też za 25 dolarów da się wyżyć kupując podstawowe wiktuały w sieci sklepów New Word.

Z Auckland przenosimy się na żaglach w głąb Hauraki Gulf. Do zatoczki Man o’war Bay, u brzegów wyspy Waiheke. Załoga zalicza wypad w głąb wyspy. Naokoło jest czyściutko, rześko, idyllicznie jak w Hobbitonie. Gdzieniegdzie, tu i na innych okolicznych wyspach,  znajdują się forty wchodzące w skład systemu obronnego Nowej Zelandii rozbudowywanego od 1905 roku. Noc spędziliśmy na kotwicy, w tym miejscu akurat trzymała dobrze.

Na Great Barrier Island postój wypadł nam w zatoce Tryphena. Jest tu w miarę dobrze oznakowane podejście, lecz sama zatoka nie daje najlepszego schronienia przed wiatrami z kierunków zachodnich. Poza tym kotwica ślizgała się po wodorostach. Stanęliśmy więc na boji, ale szczerze mówiąc, moje zaufanie do nich jest ograniczone. Nigdy nie wiadomo do czego przymocowana jest gruba lina na dnie.

Następnego dnia rano zrobiliśmy krótki przeskok do Fitzroy Port. Tu należy wspomnieć o ty, że sformułowania port i harbour, które często pojawiają się na mapach, oznaczają najczęściej dobrze osłonięte zatoki i zazwyczaj nie mają nic wspólnego z portem w naszym rozumieniu. Aczkolwiek prawie w każdej większej zatoce spotkać można dość solidny pirs, z którego korzystają miejscowe promy. Ale uwaga! Często pirs dostępny jest tylko w czasie wysokiej wody. Przeważnie przeznaczony jest dla statków zarobkowych, jachty mogą stanąć tylko na chwilę potrzebną na zatankowanie lub zakupy.

Załoga zwiedza wyspę, fotografuje skały i podziwia egzotyczną przyrodę. Kąpie się w gorących źródłach z robakami wciskającymi się gdzie tylko mogą (ostrzega przed nimi specjalna tablica). Niektórzy jeżdżą terenówką po szutrowych drogach. Tylko knajpy nie udało się tym razem zaliczyć, bo akurat w środę są czynne tylko do godz. 18. Prawda, że dziwne te zamorskie obyczaje?

Następny dzień zastaje nas płynących do ujścia rzeki Whangarei. Po drodze jacht mija Little Great Barier Island i grupy wysp Chicken and Hen Island oraz samotną skałę Sail Rock. Tu najlepiej widać dlaczego warto żeglować w dzień. I nie tylko o bezpieczeństwo jachtu. To co oferuje Nowa Zelandia to mieszanka Karaibów, Szkocji, Chorwacji, bałtyckich szkierów i plaż. Nad brzegiem morza wznoszą się skały, podcięte u dołu falami co chwilę wyrastającymi ku górze wbrew prawom fizyki. To wszystko porośnięte jest roślinności trochę przypominająca tropiki, trochę nasze lasy. A tuż za skalnym załomem rozpościera się wielka, biała plaża, oddzielona od morza podłużnymi, kamiennymi grzebieniami, na których załamują się pieniste bałwany.

I wszędzie jest mnóstwo ptaków. Widzieliśmy wielkie stada, które żerując na ławicach drobnych ryb osiadały przed nami, by po chwili, leniwie i od niechcenia, usunąć się na bok. Widzieliśmy atakujące taflę wody głuptaki, które nurkując z impetem wznosiły pióropusz wody na kilka metrów. Wyławiały rybę, a po chwili traciły ją po ataku agresywnych mew. Widok wieloryba, delfinów przepływających pod kadłubem albo żerującego rekina – to wszystko zapamiętamy na zawsze.

Whangarei na początku jest dużym rozlewiskiem. Stopniowo się zwęża i zamienia w rzekę. Tor staje się bardzo płytki, ale dobrze oznakowany. Planując żeglugę w górę rzeki warto to robić z przypływem,  zwłaszcza jeśli nasz jacht ma ponad dwa metry zanurzenia. Miasto Whangarei jest dobrym punktem do zaprowiantowania oraz wynajęcia samochodu, by przez dwa dni pozwiedzać okolicę. Można na przykład pojechać 120 km na zachodnie wybrzeże, by zobaczyć drzewa kauri, które mają 2,5 tys. lat i ponad 50 metrów wysokości.

Po zaliczeniu kilku atrakcji zmierzamy do Tutukaka Harbour. Urocze miejsce, ale odradzam nocne wchodzenie. Szybko przemieszczamy się na Bay of Island. Jest tu sporo dobrze osłoniętych zatok. Klimat przypomina Tobago Cay’s. Jacht prześlizguje się wąskimi przejściami na południe od Urupukapukan Island. Przejścia są dobrze oznakowane, ale zapewniają dreszczyk emocji. W nosy lub w niepogodę polecam żeglugę na północ od Okahu Island – tam jest szeroko i bezpiecznie.

Stajemy przy Motuarohia Island. Załoga eksploruje wnętrze wyspy, ja zajmuje się grillem – jagnięcina w miodzie, maksymalnie pięć minut obróbki termicznej. Warto wydawać pieniądze na mięso w Nowej Zelandii. Wszystkie stwory jedzą tutaj to, co powinny, czyli trawę i ziarno. A nie jak w Europie paszę o niewiadomym składzie.

Wyspa, przy której nasz jacht stanął na kotwicy, to Sanctuary Bird czyli rezerwat ptaków. Można go zwiedzać bez specjalnych zezwoleń. Przed rzuceniem kotwicy lub dobiciem do brzegu warto spojrzeć uważnie na mapę, by nie naruszyć granic ścisłego rezerwatu.

Zmierzamy do Opua Marina. Nocne wejście jest dość łatwe, ale radzę się zameldować za dnia nawiązując kontakt telefoniczny lub na VHF. W okolicy godna obejrzenia jest plaża Ninety Mile (raj dla miłośników off-road) znajdująca się około dwóch godzin jazdy samochodem na północ. Przed wjazdem na plażę spotkamy tablicę informującą o ograniczeniu szybkości dla samochodów do 100 km/h. A na plaży tablicę ostrzegającą pieszych, że samochody mogą ich nie zauważyć.

Wracając na południe mamy szczęście, bo koło Hole In Rock spotykamy stado delfinów. Hole to autentyczna dziura w skalistej wysepce. Przepływają przez nią na pełnej szybkości wycieczkowe, motorowe katamarany. Wieczorem wchodzimy do Whangaruru Harbour. Następnego dnia żeglujemy pod wiatr przy 5 stopniach Beauforta. Docieramy do mariny Marsden otoczonej bezludnym pustkowiem. W nocy i nad ranem wiatr wzmaga się do  7 stopni B. Gdy w południe wypływamy torem na otwarte morze wiatr nie jest już tak silny, ale fala nadal sięga dwóch metrów. Może nie jest bardzo wysoka, ale za to stroma, ponieważ natrafia na przeciwny prąd rzeki.

Płynąc pod fale i wiatr, pomagając sobie silnikiem pracującym na sporych obrotach, osiągamy prędkość siedmiu węzłów. Po minięciu strefy przyboju i obraniu kursu na południe, wiatr pozwala nam na wspaniała jazdę pełnym bajdewindem.

Dwunastego dnia rejsu docieramy do Auckland. W porcie zachwycamy się jachtami – zarówno tymi nowoczesnymi,  jak i mniejszymi oldtimerami. Miłośnikom regatowych wrażeń polecić mogę uczestnictwo w regatach meczowych na maszynach z Pucharu Ameryki. Można też wynająć samochód i zaliczyć dwudniową wycieczkę do Parku Narodowego Tangariro. To kraina wulkanów, ośnieżonych szczytów i krystalicznych jezior.

Nowa Zelandia z pewnością warta jest pieniędzy jakie tam zostawiliśmy. Ale dwa tygodnie to trochę zbyt krótki czas na taką wyprawę. Podróż jest długa i droga, więc najlepiej zaplanować 14-dniowy rejs oraz dodatkowy tydzień na zwiedzanie lądu. Tak zresztą zrobiła część mojej załogi.  

Oferta czarterowa Nowej Zelandii nie jest oszałamiająca. Znacznie łatwiej wynająć szybką motorówkę ze sprzętem wędkarskim, niż duży jacht żaglowy (ze względu na częste postoje na bojach lub kotwicy warto szukać dużych jachtów). Na taką wyprawę jak nasza trzeba wydać około 10 tys. zł na osobę. Ta kwota powinna starczyć na czarter, przeloty, paliwo, wszystkie niezbędne opłaty i wyżywienie. Drogo, ale naprawdę warto.

Piotr Siedlewski

Galerię zdjęć z rejsu znajdziecie na stronie internetowej www.studiocvk.pl/nz

 

Piotr Siedlewski: kapitan jachtowy i instruktor PZŻ. Przepłynął 15 tys. mil morskich. Od 16 lat organizuje własne rejsy. Pływa po Bałtyku, Egejskim, Adriatyku, Północnym, Atlantyku, odwiedził Karaiby i Nowa Zelandię. Szkoli żeglarzy w K.S. Navigare w Poznaniu.

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości