Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Olek Hanusz. Małą łódką z otwartym pokładem przez Atlantyk. Relacja i ZDJĘCIA

Dystans: 2196 Mm w 19 dni, 8 godzin. Średni przebieg dobowy: 115 Mm.

  • Tekst i zdjęcia Olek Hanusz
  • piątek, 4 marca 2016

Kiedy stojąc na kotwicy w Mindelo, na Wyspach Zielonego Przylądka, dowiedziałem się od Dobrochny Nowak, że Szymon Kuczyński wpadnie mnie odwiedzić (wbrew pierwotnemu planowi płynięcia non stop z Reunion na Kanary) ucieszyłem się ogromnie i spowolniłem przygotowania do wypłynięcia na Martynikę. Po trzech dniach „Atlantic Puffin” kołysał się już na kotwicy rzut beretem od mojej łódki. Zdecydowaliśmy z Szymonem, że wypłyniemy razem i porobimy
sobie zdjęcia i filmy na wodzie, po czym rozpłyniemy się w swoje strony. Podczas wyjścia Szymon mógł spokojnie robić wokół mnie kółka – nie ścigałem się, bo niosłem przezornie jedynie foka i nieco się wlokłem wychodząc z zatoki. Ale zaraz miałem pójść z silnym wiatrem i wtedy uznałem że warto będzie decydować co dostawić.

Wyszliśmy z Mindelo 11 lutego przy silnym wietrze NNW. Pierwsze dwie doby żeglugi były dla mnie najcięższymi z całego crossingu. Zanim wyszedłem ze strefy, gdzie rozbudowaną falę zagęszczała dodatkowo obecność wysp, musiałem przez wiele godzin sterować ręcznie – łamiące się fale były na tyle przerażające, że mogły wywrócić mój jachcik (gdyby dość słaby samoster nie dał rady). Po drugie przed wypłynięciem posmarowałem w samosterze oś obrotu lotki wiatrowej WD-40 i to był fatalny błąd, bo samoster, po ustawieniu go do pracy, rozkręcał się. Poza tym podczas samotnego płynięcia lotka ma być zblokowana śrubą praktycznie przez cały czas, a nie chodzić swobodnie. Przeklinałem to i czekałem aż WD-40 się wypłucze, bo miejsce o którym mowa jest daleko poza obrysem rufy i bardzo wysoko. Jedyne co mogłem zrobić na bardzo skołtunionym morzu, pomiędzy jazdami po 12 i więcej węzłów, to zbryzgać oś resztką acetonu – bardzo nieprecyzyjni. Po dwóch dniach samoster przestał się rozkręcać. Najdłuższa i najszybsza jazda na fali podbiła rekord prędkości na GPS do 15,2 w (przypomnę, że mam dość tradycyjny kształt kadłuba, bez płaskiego pasa dennego i zwężającą się rufę). Silnik tkwił tym razem przez cały przelot schowany w bakiście, zaś jego studzienkę wykorzystałem na mokry schowek. W dziurze umieściłem dociętą sklejkę – korek, który miał poprawiać (i pewnie poprawiał) przepływ wody pod dnem.

Pierwszy dzień to jeszcze ekscytacja, dużo siły i entuzjazm, ale w drugiej dobie płynięcia zmęczyła mnie już choroba morska i przyszło osłabienie. Jako, że nic nie mogłem strawić, żeby zostało na dłużej, brałem dodatkowo Glucardiamid – medykament z glukozą na stany osłabienia i wyczerpania. Wizyty w kokpicie ograniczyłem do niezbędnych, ale od ciągłego leżenia rozbolała mnie z kolei głowa. Jednak gdy bardzo rzuca, a jacht dynamicznie roluje z prawej na lewą
burtę, przeciążenia są tak duże, że siedzenie dłużej odpada – pracują wszystkie mięśnie, najbardziej brzuch i szyja. I od tego wysiłku też się chce wymiotować. Dopiero trzeciego dnia ugotowałem i zjadłem pół obiadu, jednocześnie nakręcając na log 126 mil – rekord! Moja „kabina” była regularnie zalewana przez boki (choć uszczelnione) i tył szprycbudy. Miałem mokry śpiwór, poduszki, na podłodze były kałuże wody. Przy tym oczywiście było słonecznie i gorąco, ale mimo tego nie było jak wysuszyć rzeczy, bo na zewnątrz co kilka minut przez kokpit, a nawet przez daszek szprycbudy, przelewały się potężne bryzgi. Nie miałem bakisty, ani klapy bagażnika (a mam ich sporo w kokpicie), których zrębnice w tych warunkach wytrzymywałyby próbę szczelności, więc regularnie pompowałem zęzę. Kokpit zalewany był często do 1/3 objętości, po czym woda schodziła odpływami w ciągu kilku minut. Po wyjściu zupełnie spoza strefy wysp, fale trochę znormalniały – wydłużyły się, czyli przestały być ogromne i były już po prostu tylko wielkie. Przez cztery dni wiało od 4 do i 7B – najwięcej zalewań zaliczałem właśnie kiedy słabł, bo fale zaczynały się łamać. Przez prawie trzy doby jechałem tylko na samym foku, zanim wiatr zaczął słabnąć i zacząłem zabawy z kliwrem i grotem. Po piątym dniu płynięcia skończyły się epizody z zalewaniem kabiny i wreszcie zacząłem żyć normalnym rytmem (zalanie wnętrza zdarzyło się jeszcze tylko raz, dopiero po dwóch tygodniach, wskutek jakiejś pojedynczej anormalnej fali).

Czułem, że pasat się ustabilizował – najczęściej wiatr tężał w nocy, przeważnie między 4 a 5 B, zaś nad ranem często siadał do 3B. Niebo pokrywały zwykle rzadziej lub gęściej cumulusy płynące z wiatrem (dobry znak), raz przeszły też łagodne burze, z odrobiną deszczu, niezbyt silnym szkwałem i potem wyraźną ciszą. Innego dnia dość mocna ulewa zmyła mi nareszczie brązowy pył pustynny pokrywający (pomimo czyszczenia) takielunek i żagle, z czego się bardzo ucieszyłem, jak również rozpuściła słone kryształki, które regularnie przenosiłem na ciele z kokpitu do śpiwora. Są bardzo kujące – przypominały pył szklany z okresu budowy łódki.

Regularnie wybierałem nad ranem latające ryby z kokpitu, ale tylko przez trzy dni wpadały mi takie, które miały rozmiar patelniowy. Obiecałem sobie, że jak już będę się lepiej czuł, kiedyś sobie taką usmażę na śniadanie, ale wtedy przestały wpadać odpowiednie rozmiary. Trafiła się taka okazja dopiero przedostatniego dnia. Rybę znalazłem już wieczorem i zakwalifikowałem ją do menu porannego, na noc wrzucając do kubła z wodą. Rano oprawiłem i usmażyłem – muszę się przyznać, że to moja pierwsza ryba w życiu, którą sam doprowadziłem na patelnię, choć ominęło mnie jej zabijanie. Latające ryby giną same, są przynajmniej ogłuszone uderzeniem w kadłub, a potem leżą bezradnie na pokładzie lub w kokpicie. Jedną czy dwie udało mi się uratować zanim zasnęły. Mniejsze sztuki nad ranem potrafią być przyschnięte do deku. Widywałem też wielokrotnie ptaki, niezależnie od odległości od lądu, różne gatunki – niektóre bardzo piękne, a nawet ciekawskie. Żaden nie raczył lądować na moim jachcie, choć nie przeganiałem, a raczej zachęcałem, tylko brak nam było wspólnego języka. Po przypłynięciu sprawdzę jakie to były gatunki, mam zdjęcia i szkice. Cieszyły mnie te wizyty, bo poza nimi nie było nic poza próżnią oceanu. Najbardziej regularnymi wizytatorami (od 22 lutego) były ciekawskie i piękne białe ptaki z pięknym długim i cienkim ogonem wychodzącym ze statecznika poziomego (przyrównując anatomię ptaka do samolotu) – ponad 30 cm i pomarańczowe dzioby oraz czarną otoczkę wokół oczu. Aby przelecieć nad łódką zawsze zataczały najpierw duży krąg, jak samolot.

W wodzie przez większość przelotu można było obserwować wodorosty przypominające bardzo jemiołę. Często układały się w pasma, gdy silniej wiało. Jednak nie były to ilości, które spowalniały płynięcie. Ruch statków był bardzo mały, więc przez większość przelotu mogłem spać bardzo spokojnie, budząc się jedynie co cztery godziny na zrobienie dziennika. Tradycyjnie o 0000, 0400, 0800 itd. Cały czas według czasu UTC, żeby nie komplikować sobie życia. Przed Karaibami tylko słońce wschodziło dopiero o 10.30, ale co z tego. Pierwszy statek spotkałem wczesnym rankiem piątego dnia żeglugi, 15.02 (AM CARTER) i widziałem jego światła, drugi dopiero 24.02 o 2030 UTC (SANTA REGINA), trzeci około południa 26.02 (BULK TRIDENT) – podaję te informacje, gdyby ktoś chciał sobie sprawdzić na Marine Traffic ich pozycje z tych dni i zobaczyć dokąd płynęły. Pierwszego nie wołałem przez radio, bo nie miałem potrzeby (prognozę jeszcze miałem), od drugiego dostałem prognozę na 48h, zaś trzeci obiecał mi ją sprawdzić i już się więcej nie odezwał, ale go też już postanowiłem nie molestować, skoro on taki gbur, a pogoda wyglądała i tak na ustabilizowaną.

Niestety, nie było żadnych delfinów, ani wielorybów, czy nawet skaczących tuńczyków – pustynia… No, czasem znalazłem inny rodzaj latającej rybki w kokpicie – nie srebrzysto-niebieską, ale o ubarwieniu i wzorach a’la brązowy motyl. Jedna wpadła żywa, gdy byłem w kokpicie, ale zanim ją wypuściłem, chyba doznała szoku, bo zatrzęsła się spazmatycznie i przestała się ruszać. Po wrzuceniu do wody również… ale może udawała.

Zestawy żagli, jakie używałem to: sam fok, fok i kliwer na bliźniaki, te same żagle w połączeniu z grotem – praktycznie nigdy cały, zawsze od pierwszego do trzeciego refu. Tylko przedostatniego dnia rozwinąłem całego (jaki wielki, pomyślałem – dawno go nie widziałem w całości). Genakera nie użyłem ani razu, a foka sztormowego tylko jako dopalacza przedostatniej doby. Używałem również dryfkotwy drugiego dnia, ale zerwały się jej paski przez przeklęty (jak zwykle) drapak w roli obciążnika, który mimo, że był złożony i dobrze zabezpieczony, jakimś cudem się rozłożył. Dryfkotwy o mało nie straciłem, ale straciłem możliwość jej używania.

Dni mijały mi w dość dobrym nastroju, czas zazwyczaj spędzałem na czytaniu, słuchaniu muzyki, patrzeniu w ocean i medytacji (czytaj: bezmyślnym opalaniu), oglądaniu filmów i wcześniej ściągniętych programów i dokumentów – z oszczędności prądu robiłem to jednak na smartfonie ze słuchawkami, nie na komputerze. Cieszę się niezmiernie z dobrych przebiegów łódki – po pierwszych dniach zaświtała mi w głowie myśl, że może by utrzymać do końca rygor przynajmniej 100 mil na dobę…

Gotowałem zazwyczaj normalnie, poza pierwszymi dniami, choć bywały i później cięższe dni, kiedy gotowanie było sporym wyzwaniem – ręczne trzymanie garnka z jakimś wrzątkiem czy wywarem, przy częściowo zamkniętej kabinie (bo zdmuchuje ogień), niewygodna pozycja – aż się jeść odechciewa. No dobrze, jeść nie, ale gotować – tak.

Ostatnie dni były coraz bardziej gorące, smażyłem się zarówno na zewnątrz, jak i w kabinie. Jeśli nawietrzność nie była problemem i mogłem leżeć głową w stronę dziobu (przeciążam wtedy dziób nieco bardziej), ulubionym trybem spędzania okolicy południa było leżenie pod wentylatorem, który na szczęście pracował niezawodnie i nie zużywał dużo prądu. Od upału nie ma gdzie uciec, ciemnoniebieski daszek szprycbudy nagrzewa powietrze wewnątrz jeszcze bardziej. Tylne poły otwarte zupełnie, żeby wpadał pasat, ale wraz z nim wpada też słońce do którejś godziny, zanim przejdzie bardziej na zachód. Uff, naprawdę nigdy jeszcze tak nie doceniałem nocy na morzu.

Przedostatniego dnia przed Martyniką nie udało mi się wycisnąć tych cholernych 100 mil, choć bardzo się starałem. Nie mogłem uwierzyć jak bardzo siadł wiatr – snułem się około 3,5 – 4 węzły przez większość dnia, ostateczny wynik: 97,2 Mm – jedyny dzień poniżej setki. Od wypłynięcia z Mindelo nigdy nie miałem tyle żagla: cały grot, fok na wytyku, kliwer na wytyku, ale z bukszprytu, żeby odsunąć go od cienia grota i jeszcze fok sztormowy z wanty, z małym wytykiem. Po północy tuż obok siebie zauważyłem małą jednostkę, używającą świateł dodatkowych, najwyraźniej mną zainteresowaną. Wielkie zdziwienie, bo wcześniej nic nie miałem na AIS, a to już 70 mil od wyspy. Zaskoczył mnie ruch przybrzeżny. Nie wiedziałem kto zacz, szybko zacząłem świecić latarką po żaglach, włączyłem UKF i usłyszałem francuskie głosy – do mnie. Najdłużej zajęło mi znalezienie… jakichś gaci, żeby w razie bliższego spotkania zachować jakąś należytą dystynkcję. Pogadaliśmy przez radio i poświeciliśmy latarkami – moje pierwsze powitanie na Karaibach przez mieszkańców, rybaków.

Następnego ranka i przedpołudnia, 40 – 20 mil od wyspy (której wciąż nie widać) cztery motorówki z rybakami przepływały blisko mnie popatrzeć i pomachać – całkiem duże powitanie, pomyślałem, wciąż nie widząc wyspy, także później – 16 mil, 14… no kurde! Zarys pojawił się wraz z pierwszym zasięgiem GSM (na co oczywiście już od rana polowałem) w odległości 13 Mm od brzegu. Wcześniej skoczyła kilka razy po imponujące trzy metry spora dorada. Ten ostatni dzień minął przyjemnie, w delikatnym, ale rzeczywistym wiaterku z baksztagu, z coraz większą ilością ludzi wokół, nie tylko widzianych, ale też żywych głosów w UKF. Zbliżamy się, Martynika już przesuwa się na prawym trawersie o kilka kabli, ktoś bardzo profesjonalnie i w dwóch językach woła na radiu PAN-PAN z szóstką osób na pokładzie i zepsutym silnikiem, prosząc o hol. Bardzo profesjonalnie odpowiada MRCC Martinique, z gracją przelatuje helikopter, życie się wokół toczy. Piszę to, bo to takie trochę niezwykłe się wydaje z mojej perspektywy.

Halsuję do Cul de Sac i brnę w stronę Le Marin, mijam dziesiątki zakotwiczonych jachtów o kilka metrów. Ludzie są na pokładach, a ja w gaciach samych i koszulce, jeszcze taki trochę barbarzyńca, wagabunda (cztery godziny wcześniej byłem jeszcze normalnie, czyli nago – typowo w rejsie solo i w tropikach). Tuż przed miastem po prawej jest polska zatoczka, do której wpływam. Podpływa Jean-Paul, Francuz, i zaczyna do mnie mówić po polsku, a także cumuje mnie do boi innych polaków, którzy wrócą za 15 dni. „Ale wiesz, jest jeszcze ta druga boja, Kazka – on już nie wraca, więc jest zupełnie wolna, możesz tam stać”. Emocje opadają, kurtyna też. Przepłynąłem. Jestem. No to teraz nie ma czasu na eposy i momentalnie zaczynamy rutynę życia zatokowo-kotwicznego – płynę z Jean Paulem i jego żoną, Polką, Małgosią, na jakiś drewniany pomost i pompuję ponton mój kochany, montuję silnik (zapalił za drugim szarpnięciem), klaruję pokład i żagle (żeby nie było że szpanuję rozpierdzielonymi żaglami (słyszałem anegdotę o takich ludziach, którzy celowo nie sprzątają takielunku, żeby było widać jacy byli dzielni, bo pływali na żaglach – wow!), biorę kłódkę, łańcuch i płynę na brzeg do źródeł cywilizacji – sklepu z pomarańczami, mlekiem, świeżą bagietką i piwem oraz – wstyd przyznać – do Wi-Fi (to taki mały Bóg żeglarzy i podróżników, musimy się do niego często modlić, jak jesteśmy na lądzie, choć chcielibyśmy może mniej).

Podsumowanie Mindelo – Le Marin
Przebiegi dobowe w Mm w kolejności od 11.02:
48 (11,5h), 109, 126, 109, 111, 117, 120, 124, 119, 114, 113, 110, 119, 120, 117, 112, 108, 117, 97, 86,1 (20,5h).
Dystans: 2196 Mm w 19 dni, 8 godzin.
Średnia prędkość: 4,73 w.
Maksymalna prędkość w ślizgu na fali: 15,2 w.
Średni przebieg dobowy: 115 Mm
Zużycie wody butelkowanej: 32 l, gospodarczej: 23,5l

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości