Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Raport: czartery w Tajlandii

Niepowtarzalna przyroda, przyjaźni ludzie, wspaniała kuchnia, znakomite miejsca do nurkowania i niewygórowane ceny. Witajcie w Tajlandii.

  • Teksty i zdjęcia: Marek Słodownik, Tajlandia
  • wtorek, 1 grudnia 2015

Punt_new_png

CZARTERY NIE TYLKO DLA ŻEGLARZY
Z Joelem Llasem, managerem w firmie Dream Yacht Charter w Phuket, rozmawia Marek Słodownik

Kiedy wybrać się w rejs do Tajlandii?
Joel (Large)Szczyt sezonu trwa od grudnia do marca. Są wówczas największe upały, ale i najlepsze wiatry. Pora deszczowa zaczyna się w czerwcu, a kończy w sierpniu. Zainteresowanie naszych klientów, zwłaszcza z Europy, jest wtedy mniejsze. Temperatura powietrza spada do 30, 33 stopni Celsjusza, wiatru nie ma zbyt wiele, ale warunki do żeglowania wciąż są bardzo dobre.

Od lat pracujesz w tym biznesie. Czy Tajlandia to najlepsze miejsce do żeglowania?
Kilka lat spędziłem na Nowej Kaledonii (francuskie terytorium leżące na wschód od Australii), później pracowałem w Brazylii i na Seszelach – żeglowałem w wielu ciekawych miejscach o wspaniałych walorach turystycznych. Moim zdaniem z Tajlandią może się równać tylko Nowa Kaledonia, ze wspaniałymi widokami i bogatą fauną morską. Kiedy tam nurkujesz, masz wrażenie, że zanurzasz się w akwarium.

Co jest najciekawsze w Tajlandii?
Przyroda. Niepowtarzalna, monumentalna, wspaniała i zmienna – jej sekrety można odkrywać podczas kolejnych wypraw. Jej niezwykłość zachwyca i zdumiewa. Drugi element to ludzie. Niezwykle przyjaźni, nienatarczywi i mimo wielu przeciwności, jakich doznali w przeszłości – pogodni. Trzeci element to kuchnia; wspaniała różnorodność potraw bazujących na prostych składnikach. Warto też nurkować. Mamy znakomite miejsca, dobre bazy nurkowe i niewygórowane ceny. Nie bez znaczenia są również łagodne warunki meteo; w sezonie wiatry są stabilne i przewidywalne, więc można przyjechać w gronie rodzinnym.

W szczycie sezonu temperatury przekraczają 33 stopnie Celsjusza. Czy nie są to zbyt trudne warunki dla gości z Europy?
Jest gorąco, to prawda. Dlatego polecamy jachty z klimatyzacją. To nie luksus, lecz udogodnienie, które doceni każdy żeglarz.

Tajlandia przewodnik agencji PuntJakie załogi odwiedzają was najczęściej?
Walory turystyczne Tajlandii sprawiają, że u nas pływają nie tylko żeglarze. Bardzo często na jachcie są dwie, trzy osoby potrafiące żeglować, a pozostali członkowie załogi to zwykli turyści. Dotyczy to szczególnie ekip wynajmujących łódź ze skipperem. Mamy też wielu prawdziwych żeglarzy. Prawdziwych, czyli znających swoje rzemiosło, potrafiących bezpiecznie obsłużyć jacht i dbających o jego stan. Niektórzy nie czarterują całych jachtów, ale wynajmują kabiny. Jeśli nie zbierzesz ośmiu czy dziesięciu osób na wspólny wypad do Tajlandii, kupujesz miejsca na rejsie i żeglujesz z sobie podobnymi ludźmi.
Amerykanie nie dbają o szczegóły – jacht ma być jak największy i jak najlepiej wyposażony. Jednostka bez klimatyzacji ich nie interesuje. Najczęściej żeglują w trzy, cztery osoby. Jeśli jest większa grupa, zawsze biorą drugi jacht. Francuzi dobrze żeglują, ale rzadko wybierają się na dłuższe wycieczki lądowe, dla nich chyba najważniejsze jest pływanie w pięknym otoczeniu. Włosi to chyba najtrudniejsi klienci, często dochodzi z nimi do utarczek, są hałaśliwi, ale zarazem stanowią bardzo kolorową grupę. Rosjanie zwykle traktują jachty bez sympatii, jak zwykłe wehikuły podróżne. Niekiedy po ich czarterach mieliśmy sporo zniszczeń i strat w wyposażeniu. Jednak od ubiegłego roku, kiedy w tym kraju zapanował kryzys, Rosjan jest mniej o około 90 proc. Straciliśmy klientów, ale za to mamy mniej problemów. Od kilku lat rośnie zainteresowanie klientów z Europy środkowej i wschodniej, ale nie są to jeszcze zbyt liczebne grupy. Nie mieliśmy dotychczas zbyt wielu żeglarzy z Polski, ale zawsze byli to ludzie dobrze przygotowani, zadawali konkretne pytania.

Czy honorujecie wszystkie uprawnienia żeglarskie?
Oczywiście, akceptujemy na przykład uprawnienia chorwackie i polskie.

Nie boicie się powierzać drogich jachtów bez skipperów?
Nie, wierzymy w umiejętności klientów. Jachty są ubezpieczone, na komputerze śledzę ich położenie, mamy 24-godzinną łączność telefoniczną ze wszystkimi jednostkami. Ponadto w Tajlandii dość dużo pływa się bez żagli, a to zwykle stwarza mniej kłopotów i jest łatwiejsze.

W ofercie macie stałe trasy…
My tylko rekomendujemy trasy na tydzień lub na dwa tygodnie. To wynika z naszego doświadczenia. Doskonale znamy akwen i możemy określić, co jest najciekawsze. W ten sposób oszczędzamy naszym gościom wpadek. Niemal wszyscy klienci korzystają z naszych rekomendacji. Opracowaliśmy także podręcznik, który łączy elementy nawigacji, locji, meteorologii i przewodnika turystycznego. To bardzo cenne opracowanie – bez niego jachty nie wychodzą w morze.

Rozmawiał Marek Słodownik

Skipper JoelNA POCZĄTEK WARTO WYNAJĄĆ SKIPPERA
Z Somboonem Usakarnem, skipperem w firmie Dream Yacht Charter, rozmawia Marek Słodownik

Jak się zostaje skipperem w Tajlandii?
W moim wypadku to była droga długa, niełatwa i pełna nieoczekiwanych zwrotów. Zanim zostałem skipperem, ponad 17 lat pracowałem w marinach na rozmaitych stanowiskach. Chciałem być w tym biznesie, żeglować, poznawać ludzi i mieć ciekawe zajęcie. A bycie skipperem jest zajęciem ciekawym.

Od czego zacząłeś?
Mając 13 lat, byłem pomocnikiem. Ładowałem bagaże turystów, czyściłem jachty, pomagałem w usuwaniu usterek. Z czasem nabrałem doświadczenia, więc pozwolono mi na więcej. Pracowałem w dziale technicznym przy konserwacji sprzętu i naprawach laminatów. Tak spędziłem kilka lat. Później poszedłem do wojska. Myślałem, że po powrocie będę musiał poszukać innego zajęcia, ale wróciłem do starej firmy. Nowe umiejętności zdobyte w armii pozwoliły mi zająć się silnikami, agregatami, pompami i instalacjami jachtów. Praca ciężka, ale wiele się nauczyłem. Doświadczenie pomogło mi później w zdobywaniu niezbędnych dokumentów i pozwoleń. Skończyłem szkolenie w Bangkoku i zdobyłem licencję. Za szkolenie i egzaminy musiałem sam zapłacić – tutaj nikt nikogo nie wysyła na takie kursy.

Od początku pływałeś na katamaranach?
Nie, na początku zawsze jest żeglowanie na jachtach jednokadłubowych, ponieważ są prostsze w manewrowaniu. Z czasem dostawałem rejsy na coraz większych jednostkach, teraz zaś pływam niemal wyłącznie na katamaranach. Cały rok – poza przerwą monsunową – spędzam na wodzie.

Rodzina to akceptuje?
Mam dziewczynę – ona rozumie i akceptuje. Bardziej chyba jednak rozumie… Wiesz, ta praca jest nie tylko ciekawa, ale także stosunkowo dobrze płatna.

Wielu klientów wynajmuje skippera?
Większość. Wolą mieć święty spokój podczas wypoczynku i skupić się przyjemnościach.

Czy zatoka Phuket to trudny akwen?
Raczej nie. Nie ma wielu podwodnych niebezpieczeństw, wszystko jest dobrze oznakowane. Jednak bywają miejsca o silnych pływach, szybkich prądach, a także pułapki na kotwicowiskach. Ponadto żeglowanie między formacjami skalnymi wyrastającymi z morza wzbudza respekt. Moim zdaniem, na początek warto wynająć skippera.

Dlaczego nakłaniacie do żeglowania wyłącznie w dzień?
Chodzi o pułapki, o których wspomniałem. Poza tym, pływając w dzień, można spokojnie zrealizować proponowany program. Tutaj morze nie jest pustym miejscem po horyzont. Ciągle się zmienia, z wody wyrastają wysokie skały, czasem tworząc skomplikowane labirynty. To bywa dla żeglarzy trudne, ale też przesądza o uroku żeglowania w Tajlandii. Nie warto tego przeoczyć, żeglując nocą.

Co należy do obowiązków skippera?
Zajmuję się jachtem, utrzymaniem porządku, dbam o instalacje i wszystkie urządzenia. Nie muszę gotować i zajmować się serwowaniem posiłków – tym zajmują się inne osoby z obsługi lub bierze to na siebie załoga. Poza tym staram się pokazać gościom ciekawe rzeczy, których na pierwszy rzut oka mogą nie dostrzec.

Rozmawiał Marek Słodownik

TAJLANDIA PACHNĄCA PRZYGODĄ. RELACJA Z REJSU

Na lotnisku w Phuket wita nas temperatura przekraczająca 30 stopni Celsjusza i duża wilgotność. Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska czym prędzej wskakujemy do busa, który zawozi nas do mariny. W załodze doświadczeni żeglarze, ale jest to nasz debiut na tutejszych wodach. Termin na rejs nie jest może najlepszy (koniec czerwca), bo rozpoczyna się pora deszczowa i słabo wieje. Mamy za to nieco niższe temperatury, gdyż w sezonie letnim (od listopada do stycznia) sięgają 40 stopni Celsjusza. Poza tym w zatokach i marinach jest mniej jachtów.

W Phuket Marina poznajemy nasz katamaran Lagoon 450. Wydaje się olbrzymi. Jest idealny dla dziewięciu żeglarzy i skippera – ma cztery dwuosobowe kabiny z łazienkami i obszerną kabinę główną. Do tego ogromny zacieniony kokpit z wygodną kanapą, pokład dziobowy oraz dach. Liczne zakamarki zapewniają załodze pewną intymność. Zbiorniki mieszczą tysiąc litrów paliwa i 350 litrów wody.

Komunikację między portem a biurem mariny znajdującym się na wzgórzu zapewnia bus – wszystko po to, aby nie tracić energii w upale. Zakupy dostarczane są z lokalnego marketu, głównie napoje i przekąski. Duża lodówka w kabinie pozwala na schowanie wielu produktów, ale w kokpicie mamy jeszcze tajną broń: olbrzymią lodówkę turystyczną, do której wsypujemy trzy ogromne worki lodu. Na kolacje będziemy chodzić do lokalnych restauracji i tawern, bo chcemy poznać tajską kuchnię. Poza tym z gotowania na pokładzie rezygnujemy ze względu na wysoką temperaturę. Dowóz bagaży na jacht zapewniają skutery z bocznymi koszami, których kierowcy dokonują cudów, manewrując po wąskich pomostach.

Wiatr nie będzie naszym sprzymierzeńcem. Teoretycznie powinno wiać z kierunków południowych i zachodnich, ale na razie cisza. W tym rejonie rzadko wieją wiatry przekraczające 25 węzłów, ale za to skoki pływów wynoszą od 1,5 metra do 3 metrów (na płytszych wodach pływy tworzą silne prądy i pokaźne fale).
Wypływamy. Przed nami uroki Morza Andamańskiego – prawdziwa przygoda. Załoga liczna, ale skipper odchodzi od kei samodzielnie. Patrzymy bezczynnie, z jaką swobodą manewruje naszym wielkim katamaranem w dość ciasnej marinie. Pierwszy cel: wyspa Nakha Yai. To zaledwie kilkanaście mil. Nie wieje, więc płyniemy bez żagli. Załoga biega po pokładzie z aparatami fotograficznymi – gdzie się człowiek nie obejrzy, tam egzotyka. Na plaży lądujemy po dwóch godzinach. Komunikację z lądem zapewnia ponton, ale co odważniejsi płyną wpław. Na wyspie wita nas miejscowa ludność, przyjazna i nienatarczywa. Spacerujemy, zamawiamy obiad w plażowej tawernie i czekamy na wiatr. A ponieważ ten nie nadchodzi, płyniemy dalej, korzystając z silnika. Po drodze zawijamy na słynną Praya Nak, znaną z filmu „Beach” z Leonardo DiCaprio. Miejsce czarowne – warte zatrzymania i kąpieli, ale wiedzą o tym także inni, więc jest sporo turystów.
Wieczorem, po pokonaniu 28 mil, lądujemy w archipelagu Phi Phi. To ciekawe miejsce, ale z ubogą infrastrukturą. Kolacja w lokalnej niebogatej tawernie daje prawdziwy obraz miejscowej kuchni. Zapach jedzenia wabi nas z daleka, a w karcie kilkadziesiąt pozycji. Przypadkiem zaglądamy na zaplecze, które nasz sanepid z pewnością natychmiast by zamknął i opieczętował, ale lokal jest pełen gości i nikt nie narzeka ani na obsługę, ani na dania.

Miejscowe zwyczaje pozwalają zamawiać wiele dań na stół i dzielić się nimi z pozostałymi współbiesiadnikami. Dzięki temu możemy spróbować wiele potraw. Powstały z prostych składników, ale czasem są podawane w sposób dość zaskakujący. Słodko i ostro – to najkrótsza charakterystyka menu. Przypadł nam do gustu deser sticky rice, czyli ryż gotowany w mleku kokosowym z trzcinowym cukrem. Podawany jest z owocem mango, którego soczystość bije na głowę te same owoce oferowane w Polsce.

Tajowie praktycznie nie gotują w domach. W nowych budynkach kuchnia zwykle pozwala jedynie na przygotowanie herbaty. Wszyscy żywią się na ulicy, która tętni życiem całą dobę. Jedzenie jest wszędzie i jest bardzo tanie – za 40 bahtów (4 zł) można zamówić jedną z kilkudziesięciu egzotycznych pozycji. Dania są przygotowywane na oczach konsumenta. Nasza kolacja na dziewięć osób kosztuje 1000 bahtów, czyli niewiele ponad 100 zł.
Phi Phi to rejon, który podczas pamiętnego tsunami jesienią 2004 roku ucierpiał najbardziej. Fala o wysokości 10 metrów spustoszyła ląd i pochłonęła setki ofiar. Ile ich było – do dziś nie wiadomo. Dokładnie policzono jedynie zmarłych turystów zagranicznych, a ofiary wśród Tajlandczyków zaledwie oszacowano. Domy o lekkiej konstrukcji zostały zmiecione z powierzchni ziemi, ocalały tylko drzewa i pojedyncze budynki. Do dziś widoczne są ślady tamtej tragedii, ale miejscowi niechętnie do niej wracają. Nie chcą żyć przeszłością.

W rankingach wyspa jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie i trudno się z tym nie zgodzić. Zadziwia czystość wody i plaż. Piasek jest niemal biały, a woda przezroczysta nawet na dużej głębokości. Tutejsza Maya Beach to ponoć najpiękniejsza plaża na świecie. Z zainteresowaniem oglądamy też miejscowe targowisko. Duży wybór pamiątek, tkanin i oczywiście podróbki…

Rano wyruszamy do hotelu „Cubana”, słynącego z wykwintnej kuchni i przepięknie położonego basenu. Leży w najwęższym miejscu wyspy – jej szerokość wynosi tu około 80 metrów. Z basenu widać lagunę wypełnioną łodziami i rysujące się w oddali morze. Kusi nas kąpiel w basenie ze sztucznymi wyspami. Wspaniała woda, aż się nie chce wychodzić na upał panujący w mieście.

Po spacerze wracamy na jacht i ruszamy ku nowym atrakcjom. Znaną Mosquito Island oglądamy z dystansu, bo wokoło podobnych formacji jest wiele, z plażami, lagunami i tropikalną roślinnością. Kolejna wyspa to Chicken Island. Urocza, ale nie wyróżnia się spośród sobie podobnych. Płyniemy do Nam Mao, skąd przedostaniemy się lądem do Krabi.

Stawiamy żagle o powierzchni ponad 130 metrów kw. Rozpędzają nasz 15-tonowy wehikuł do maksymalnej prędkości ośmiu węzłów. Rolowana na sztagu genua oraz grot stawiany elektrycznie nie dają zbyt wielu szans na aktywność fizyczną. Do tego elektryczne kabestany, lina kotwiczna sterowana pilotem… po prostu nuda. Upał jest nieznośny, więc doceniamy klimatyzację. Jeśli wychodzimy na zewnątrz, to zwykle tylko do zacienionego kokpitu.

Port, w którym cumujemy, nie robi najlepszego wrażenia. To typowa przystań rybacka, ruch jest duży, co chwilę dobijają łodzie. Łapiemy taksówkę i jedziemy do Krabi, największego miasta w regionie liczącego 52 tysiące mieszkańców. Zaskakuje nas tłum ludzi na ulicach i spontaniczny ruch. Nie mam pewności, czy obowiązują jakieś przepisy drogowe, chyba raczej rządzi chaos. Z Krabi jedziemy do Ao Nang – znanego kurortu nadmorskiego. Po obiedzie w miejscowej restauracji opuszczamy plażę i kierujemy się do Hong – wyspy odległej o 22 mile. Po drodze odwiedzamy jedną z wysp, na której jest fantastyczna laguna z lasem namorzynowym. Dostępu do niej broni wąski przesmyk, przez który można się przecisnąć tylko pontonem. Ściany o wysokości kilkudziesięciu metrów robią niezwykłe wrażenie. Po kąpieli płyniemy w labiryncie skał wyrastających z morza niczym maczugi. Przed zmrokiem docieramy do Ko Yao Noi, kolejnej wyspy o turystycznym charakterze, która zachowała swoją dzikość. Kolacja w lokalnej restauracji smakuje wyśmienicie, znowu uczta kulinarna składająca się z kilkunastu dań i rachunek wynoszący niespełna 40 zł na osobę. Część załogi ucieka na masaż, reszta wraca na pokład. Nazajutrz czeka nas długa droga.

Płyniemy w kierunku największej atrakcji regionu – Tapu (wyspa Jamesa Bonda). Kręcono tu sceny do filmu o agencie 007 „Człowiek ze złotym pistoletem”. Po drodze mijamy kilka przepięknych wysp, na jednej z nich rezydencję ma Ronaldo. Największe wrażenie robi jednak Roi, przepiękna wyspa z czystymi plażami i majestatycznymi skałami okalającymi niewielką zatokę. Im bliżej skały Bonda, tym większy ruch łodzi turystycznych. Wycieczkę do tego miejsca mają w ofercie wszystkie tutejsze firmy. Skała jest już tak znanym symbolem regionu, jak wieża Eiffla w Paryżu czy Koloseum w Rzymie. Jednostki podpływają kolejno, tworząc korek na wodzie. Ale skała trochę rozczarowuje, bo otoczona jest wyższymi formacjami, być może nawet piękniejszymi, a z całą pewnością bardziej okazałymi. Nasz skipper mówi jednak, że tę „celebrytkę” trzeba zobaczyć.

Nieopodal leży słynna wioska z domami zbudowanymi na palach, atrakcja turystyczna, ale o zupełnie innym charakterze. Panyee Island Village Floating Houses – tak brzmi jej pełna nazwa w lokalnych przewodnikach. Miejsce rzeczywiście jest niezwykłe. Jedynym solidnym budynkiem jest meczet. Dwa tysiące osób, w tym pół tysiąca dzieci, tłoczy się w tym wodnym świecie. Mają szkołę, a nawet boisko. Utrzymują się z rybołówstwa i handlu pamiątkami, ale sądząc po stanie domów, biznes nie idzie najlepiej. Ludzie odnoszą się do nas życzliwie, choć z dystansem. Pozwalają zacumować na kotwicowisku i zapraszają do restauracji. Zwiedzamy osadę. Dookoła sklepy ze wszystkim i stoiska z rybami pieczonymi na grillu. Trochę nam żal ludzi żyjących w tak trudnych warunkach. Ale miejscowi wydają się pogodzeni z losem, ich życie toczy się normalnie. Zamawiamy rejs łodzią w górę rzeki, na końcu której jest naturalny tunel pod górą. Możemy z bliska przyjrzeć się napędowi jednostki. Silnik na obrotowym trzpieniu pozwala na swobodne manewrowanie, ale bardzo długi wał z wielką śrubą drży niemiłosiernie. Ciężka łódź rozwija prędkość ponad 20 km/h, jest głośna, ale dość sprawna.

Ostatni dzień to powrót do Phuket. Podczas rejsu przepłynęliśmy 160 mil. Wyprawę warto połączyć z wizytą do Bangkoku. Miasto kusi. Jest ogromne i zróżnicowane. Ponad 12 milionów mieszkańców (według oficjalnych danych) i pewnie jeszcze kilka milionów przybyszów. Mieszkamy w hotelu, który jeszcze kilka lat temu był na obrzeżach metropolii, dziś jest wchłonięty przez aglomerację. Zadziwia komunikacja Bangkoku – miasto ma sieć autobusów, metro, kolej napowietrzną (sky train), a poza tym stada taksówek i tuk-tuków, czyli pojazdów z silnikiem motocykla i budką dla czterech pasażerów. Nie jest to zbyt bezpieczny pojazd, ale za to szybki i łatwo omijający korki. Ruszamy na wycieczkę do Pałacu Królewskiego, który zachwyca odmiennością architektury. Tłum turystów. Na dziedzińcu ścisk jest tak wielki, że trudno unieść w górę ręce, by zrobić zdjęcie. Po godzinie pora na rejs łodzią po rzece Chao Phraya. To główna magistrala wodna miasta. Przed wiekami wraz z rozwiniętą siecią kanałów tworzyła sprawny system komunikacyjny. Dziś drogi wodne nadal są używane, choć ich znaczenie jest mniejsze. Wyprawa łodzią przez miasto jest kwintesencją przygody. Zaniedbane stare brzegi kontrastują z nowoczesną zabudową. Przepływamy prawie 30 kilometrów w dość szybkim tempie. Wysiadamy w centrum finansowym, gdzie w jednym z hoteli udajemy się na obiad. Zaskakujące jest porównanie taniej kuchni tajskiej, znanej nam z tawern na południu, z tą wykwintną, serwowaną w dobrych restauracjach. Tutaj już nie ma wspólnych półmisków. Zdecydowanie jednak wolimy proste dania podane w atmosferze tawerny, w której miejscowi tworzą niepowtarzalny klimat.

Marek Słodownik, Tajlandia

PRAKTYCZNE INFORMACJE DLA PODRÓŻNYCH

Jeżeli szukacie ciekawego regionu o stabilnej pogodzie, przewidywalnych warunkach meteo, atrakcyjnej przyrodzie i wspaniałej kuchni, to warto pomyśleć o Tajlandii. Jest wciąż mało znana, a oferuje wysoki poziom usług czarterowych, jest stosunkowo niedroga i przy tym bardzo egzotyczna. Dla osób zbierających godziny na wodach pływowych może być alternatywą dla zimnego Morza Północnego.

Tajlandia jest monarchią konstytucyjną. Od 1946 roku (najdłużej na świecie) krajem rządzi król Bhumibol Adulyadej. System polityczny wzorowany jest na brytyjskim. Tajlandia jest potentatem w produkcji twardych dysków komputerowych. Działają tu montownie samochodów japońskich marek (Toyota, Isuzu, Nissan). Kraj jest także ważnym eksporterem tuńczyka, krewetek, cukru, kukurydzy, ryżu i tekstyliów.

Powierzchnia Tajlandii: 513,1 km kw. Liczba mieszkańców: 65 milionów. Linia brzegowa liczy aż 2600 km. Waluta: baht (10 bahtów to równowartość złotówki). Walutę można nabyć w bankach i kantorach (kursy są zbliżone). Karty płatnicze są rzadko akceptowane, a sieć bankomatów nie jest rozwinięta. Podróżni muszą mieć paszport ważny co najmniej pół roku od daty wjazdu. Wizy na krótkie pobyty (do 30 dni) nie są wymagane. Nie ma też obowiązkowych szczepień. Prewencyjnie można przyjąć środek przeciwko malarii.

Z Warszawy do Bangkoku cztery razy w tygodniu będą latać maszyny LOT-u. Sprzedaż biletów rozpocznie się na początku 2016 roku. Loty z Bangkoku do Phuket oferują lokalni przewoźnicy (podróż trwa 70 minut). Emirates Airline proponuje loty z przesiadką w Dubaju oraz bezpośrednie połączenia ze stolicą Tajlandii. Loty z Warszawy do Phuket obsługują także linie Qatar Airways (z przesiadką w Katarze). Loty z przesiadką trwają 15, 17 godzin.

Ceny
Tajlandia nie jest krajem drogim. Żywność, zwłaszcza w supermarketach, jest tania. Rybę można kupić już za 18 bahtów za kilogram. Tanie są także owoce morza, posiłki w restauracjach, pieczywo, warzywa i lokalne owoce. Niewiele zapłacimy też za taksówki i komunikację. Na taksówkę wydamy zwykle około 15 zł, a za przejazd rikszą czy tuk-tukiem – połowę tej kwoty. Przejazd metrem to wydatek 2,5 zł. Niedrogie są także rejsy łodzią w Bangkoku. Wiele towarów luksusowych marek jest w Tajlandii podrabianych, zwłaszcza torebki, kosmetyki i okulary kuszą na straganach niską ceną.

Podczas rejsu warto odwiedzać tawerny i restauracje. Wystawna kolacja (trzy dania plus alkohol) kosztuje niecałe 50 zł. Uliczni sprzedawcy oferują mnóstwo szybkich dań, często bardzo egzotycznych, za równowartość 4 zł. Odważni mogą się skusić na owady prażone w głębokim oleju lub inne stworzenia, których w Polsce nie widujemy na stołach. Alkohol nie ma nadzwyczajnych walorów smakowych. Dostępne są mocniejsze trunki z Finlandii i Szwecji. Lokalne piwo, do kupienia wszędzie i o każdej porze, także nie zachwyca smakiem.

Klimat
W Tajlandii są trzy pory roku: gorąca z temperaturą do 38 stopni Celsjusza (od marca do połowy czerwca), deszczowa (od czerwca do października) i chłodna. Tajlandzka zima oznacza temperatury spadające niekiedy poniżej 20 Celsjusza, ale termometry pokazują także powyżej 30 stopni. Przez cały rok wilgotność powietrza przekracza 70 proc., największa jest w kwietniu i październiku – wynosi wówczas 94 proc. Bangkok jest najgorętszym dużym miastem świata. W Phuket monsun niosący deszcz rozpoczyna się z początkiem maja i trwa do końca października. Oczywiście nie oznacza to, że w tym czasie ciągle pada. Po prostu wystąpienie opadów jest prawdopodobne. Temperatura wody nigdy nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza. Najwięcej turystów odwiedza Tajlandię w okresie naszej zimy, wówczas trzeba się liczyć z trudnościami w zdobyciu jachtu i dużym ruchem na wodzie oraz w portach.

Wyposażenie na rejs
W sezonie na rejs nie warto dźwigać sztormiaka, niepotrzebne będą też kalosze. Wiatr na ogół nie wieje mocniej, niż z siłą 3, 4 stopni Beauforta. Przed wyjazdem warto zwrócić uwagę na skład tkanin, które zabieramy. Preferowana jest czysta bawełna lub len (wyroby bawełniane, stosunkowo wysokiej jakości, można też kupić na miejscu). Wszelkie syntetyczne domieszki czynią życie bardziej uciążliwym. Warto zabrać maskę i płetwy – bogactwo fauny i flory zaskakuje, a na miejscu jest wiele ciekawych akwenów do nurkowania. Koniecznie trzeba pamiętać o kosmetykach zabezpieczających przed promieniowaniem słonecznym (filtr 50). Nakrycie głowy, najlepiej kapelusz z szerokim rondem, jest nieodzowny. Gniazdka elektryczne (220 volt) pasują do polskich wtyczek.

Jachty
Na wodach Tajlandii żegluje mnóstwo różnych konstrukcji o bardzo zróżnicowanej wielkości. Swoich klientów mają jednostki z dwiema kabinami, ale także jachty 70-stopowe i większe. Wybierając ofertę warto zwrócić uwagę na dodatkowe usługi: transfer z lotniska, możliwość wypożyczenia samochodu na zakupy, serwis techniczny podczas rejsu i całodobową obsługę. Ceny czarterów są zróżnicowane, średnio zapłacimy 700 euro za tydzień żeglugi na jachcie o długości do 38 do 45 stóp. Do wydatków należy doliczyć kaucję zwrotną i opłatę za sprzątanie po rejsie. Zwyczajowo zostawia się bonus skipperowi, choć nie jest to obowiązkowe.

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości