Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Jak „Głowacki” wygrał The Tall Ships Races

Opowieść o regatowych sukcesach żaglowca „Kapitan Głowacki”.

  • Wojciech Maleika
  • środa, 20 maja 2015

Niezwykła opowieść Wojtka Maleiki o regatowych sukcesach żaglowca „Kapitan Głowacki”. Trzymajcie się relingów!

Wieje coraz mocniej, pewnie około ósemki. Zredukowaliśmy żagle do połowy, wiatr wypełniony drobinkami morskiej wody uderza w twarz. Niedaleko po prawej „Pogoria” rwie do przodu z prędkością 10 węzłów. Staramy się dotrzymywać jej kroku, ale nie jest łatwo. Jesteśmy najmniejszym żaglowcem w stawce, pływającą balią pchającą tony wody. Dwa żagle rejowe i trzy trójkąty znacznie obciążają fokmaszt. Dobrze, że przed sezonem wymieniono 12 stalowych lin. Maszt trzeszczy, napina się, chyli ku zawietrznej, ale jakoś trzyma. Biegnę na chwilę do mesy. Tam kilka osób stara się naprawić grot, który strzelił niedawno na pierwszych szkwałach. – Ile jeszcze będziecie szyć? – pytam dość surowo. – Tak na ładnie to z sześć godzin – słyszę. – Macie jedną, szyjcie na brzydko – rzucam krótko.

To moje dziesiąte tallshipy. Z kilku powodów są wyjątkowe. Po pierwsze, po wielu latach wracam na jednostkę, od której zaczynałem przygodę z tym największym na świecie zlotem żaglowców. Po drugie, po raz pierwszy ścigam się, pełniąc funkcję kapitana – to zaszczyt i zarazem odpowiedzialność. Gdy pierwszy raz rozmawiałem z załogą o wyścigu, obiecałem walkę, upór i „Kapitana Głowackiego” pod pełnymi żaglami. Przy okazji studziłem oczekiwania, mówiąc, że mamy tylko dwa cele: dopłynąć na czas do Fredrikstad i wygrać z „Pogorią”. „Głowacki” to nie jest maszyna regatowa. To najwolniejszy żaglowiec we flocie, nie mający szans w regatach. Znam go dobrze, odbyłem na nim około 50 rejsów morskich, trzy razy uczestnicząc wiele lat temu w zlocie. Potrafi być dzielny, zaskakuje czasem szybkością, ale większych utytułowanych żaglowców pokonać nie zdoła. Dziś wiem, jak bardzo się myliłem…

Akt pierwszy, czyli „Kapitan Głowacki” dostaje skrzydeł

Do startu już tylko pięć minut. Leciutko dmucha w plecy słaba dwójka. Wszystkie żaglowce pod pełnymi żaglami majestatycznie przesuwają się za naszą rufą – spróbujemy chociaż wystartować w czołówce. Trzymamy się tuż za „Pogorią”, bojąc się popełnić falstart. Nerwowo spoglądam na zegarek – chyba jesteśmy za blisko linii. Aż wreszcie słychać strzał. Zaczęło się.

Prędkości nie porażają – płyniemy dwa, czasem trzy węzły. Przydałyby się wyższe maszty łapiące górne silniejsze podmuchy. Staramy się płynąć baksztagiem, by wypełnić wszystkie dziewięć żagli. Słabe wiatry utrzymują się przez kilka godzin, część żaglowców powoli nas wyprzedza po zawietrznej, ale i tak jest dobrze – trzymamy się blisko czołówki. W nocy wiatr lekko odkręca. Mamy półwiatr, a po chwili już bejdewind. Ostre kursy są dla nas korzystne, żeglujemy nimi całkiem ostro i prawie tak szybko jak nasi więksi rywale. „Pogoria” ciągle w zasięgu wzroku. Tak mija pierwsza noc. Rano robi się już regularna halsówka, czyli coś, czego żaglowce nie znoszą. Ale nasz „Głowaś” radzi sobie bardzo dobrze. Odpowiedni trym żagli, precyzyjne ustawienie steru i płynie sam, delikatnie myszkując, jakby szukał optymalnej ostrości i prędkości.

Wszyscy żeglują na północ, spodziewając się odkrętki wiatru. Przed dziobem wyrastają platformy wiertnicze. Powinniśmy omijać je szerokim łukiem, ale jak tu oddać tak mozolnie wypracowaną wysokość! Jedną z platform mijamy w odległości zaledwie trzech kabli. Dobrze, że już nieczynna, bez obsługi, przynajmniej nikt nas nie pogonił. Wiatr odkręca, szybko robimy zwrot, kierując się na wschód, ku brzegom Danii. Prognozy ostrzegają przed silnym wiatrem (do 35 węzłów). Podczas normalnego rejsu człowiek by zrzucił trochę żagli i spokojnie czekał na silniejsze podmuchy. Ale nie w trakcie regat… Wiatr tężeje. W końcu na pełnym zestawie nie da się już płynąć. Genuę zmieniamy na mały kliwer. Chwilę później grot nie wytrzymuje trudów i się drze. Zrzucamy także oba górne sztaksle. Prędkość nadal wynosi 7, 8 węzłów. Podmuchy stają się coraz silniejsze, więc mocno przechylony na prawą burtę „Głowaś” coraz bardziej trzeszczy i wali w falę. Przez pokład przewala się coraz więcej wody. W ostatniej chwili, po 15-minutowej walce z gejtawami i gordingami, zrzucamy bramsla. Szkwały są już bardzo silne, podrywa wodę z fal i robi się dość nieprzyjemnie.

– STS „Pogoria”, „Kapitan Głowacki” prosi – wywołuję przez radio i po chwili słyszę znajomy głos Henia.

– Co tam „Bolo”?

– Ile u was wieje, bo nasz wiatromierz niestety nie działa.

– 50, czasem nawet 55 węzłów – ze stoickim spokojem odpowiada bosman „Pogorii”.

O kurczę, trochę za dużo. Nie wiem, czy patrzeć na maszty, czy może się schować na moment w nawigacyjnej. Mam nadzieję, że za chwilę wiatr trochę siądzie. Wolałbym się nie wsławić połamaniem masztów na „Głowackim”. Jak szaleńcy gnamy przez tę kipiel nawet ponad 8 węzłów. Czołówka trochę nam odjeżdża. Z każdą godziną fala rośnie, ale na szczęście wiatr w końcu trochę słabnie. Odczytujemy nasz nowy rekord sezonu: 50 stopni przechyłu. Wieczorem nieśmiało dostawiamy sztaksle, a później bramsla. Brakuje tylko szytego mozolnie pod pokładem grota.

Wczesnym rankiem nagle ktoś wyłączył wiatr. Kolebiemy się na dużej martwej fali. Z prawej burty nadchodzą pierwsze świeże podmuchy i powoli ruszamy. Prognoza jest prosta jak kilwater lotniskowca: od 4 do 5 stopni Beauforta z północnego wschodu, czyli halsówka aż do mety. „Nie ruszaj steru, sterniku” – taki napis przywieszamy tuż obok koła sterowego. „Głowaś” sam szuka optymalnego kursu, wspina się i zjeżdża z fal, jakby był na resorach. Chyba chce nam pokazać, co potrafi i udowodnić, że jest prawdziwym żaglowcem, a nie pchaczem.

Przed nami wody Skagerraku. Czołówka 20, 30 mil przed nami halsuje u wybrzeży Norwegii. My płyniemy najostrzej jak się da. Wiem, że jest dobrze. Każda jednostka dwa razy dziennie przekazuje swoją pozycję, a organizator wyścigu podaje aktualne wyniki. Od początku prowadzimy w klasie żaglowców. Ta informacja mobilizuje załogę. Nie ma problemu z ciągłym wstawaniem do żagli, regularnym pompowaniem zęz i szyciem po nocach… I wreszcie koniec! Ręce wędrują do góry, na twarzach pojawia się uśmiech. Satysfakcja, zmęczenie, rozluźnienie, radość i duma – to uczucia, które targają moim umysłem. Powinniśmy wygrać. Norweska fregata „Christian Radich” jest zaledwie kilka mil przed nami. Norweski „Statsraad Lehmkuhl” i nasz „Fryderyk Chopin” niewiele dalej. Rosyjski „Mir”, który był na czele, też nie uciekł nam zbyt daleko. Za rufą zostawiamy wiele innych żaglowców.

Wygrywamy po przeliczeniach bardzo wyraźnie. Drugi „Statsraad Lehmkuhl” przegrywa z nami o sześć godzin, kolejny, „Christian Radich”, prawie o osiem. To nokaut. Do tej pory „Głowacki” w kilkunastu startach w grupie największych żaglowców (klasa A) nie był nawet nigdy w pierwszej piątce. Taki sukces, oczywiście nie sportowy, bo to przecież nie igrzyska, daje ogromną satysfakcję. Dla mnie wygrać The Tall Ships Races w klasie żaglowców to jak zdobyć Puchar Ameryki.

Akt drugi, czyli cuda chodzą parami

Nowa załoga zamustrowała na pokład „Głowackiego” w duńskim Hirtshals. Przed drugim etapem regat muszę studzić oczekiwania żeglarzy słowami: „Cuda się zdarzają raz na sto lat. Poprzedni etap był właśnie cudem, a teraz wracajmy do rzeczywistości”.

Pierwsze dni to relaksacyjny rejs po norweskich portach i wizyta w Bergen, gdzie przez cztery dni odbywa się festiwal żaglowców. Udaje nam się porządnie naprawić grot i genuę podartą podczas pierwszego etapu (dzięki dla Henia z „Pogorii”). Start do Esbjerg zostaje przełożony o dwie godziny z uwagi na słaby przeciwny wiatr i silny przeciwny prąd. Linię przecinamy pierwsi.

Po kilkunastu minutach wyprzedza nas „Chopin”. Płynie w odległości nie większej niż 10 metrów. Później mija nas „Christian Radich” i dwa inne żaglowce. Trzymamy się blisko za rywalami i dość szybko wszyscy dopływamy do pierwszego waypoint. Duże żaglowce przed nami rozpoczynają mozolny zwrot przez sztag. Decydujemy się zrobić to ciaśniej – wciskamy się po wewnętrznej i mijamy punkt pierwsi. Po zwrocie rozpoczyna się dość trudna żegluga. Płyniemy bejdewindem (to dla nas dobrze) przy słabym wietrze (to też nie najgorzej) pod silny prąd. Prędkość do dwóch węzłów. Po południu „Christian Radich” i „Statsraad Lehmkuhl” powoli nas wyprzedzają i oddalają się. Żeglujemy z „Chopinem”, wpływając co chwilę w strefy ciszy i słabych wiatrów. Tak mija noc. Chcielibyśmy uciec od brzegów Norwegii w morze, ale południowo-zachodni wiatr nam na to nie pozwala. Do tego ten przeciwny prąd…

Następnego dnia pogoda staje się jeszcze bardziej kapryśna. Wieje słabo, raz płyniemy pięć węzłów, innym razem stoimy jak spławiki. Dowiadujemy się, że niektóre żaglowce nie pokonały jeszcze pierwszego znaku i dryfują między skałami. Wieczorem dopada nas burza – obfite opady deszczu i silne szkwały. „Chopin” wystrzelił na nich jak z procy. Po szkwałach znów nadchodzi cisza i robi się nerwowo. Wszyscy przed nami mają wiatr i gnają 5, 6 węzłów, a u nas na liczniku zaledwie dwa. Późnym wieczorem zaczyna się trochę rozwiewać, też powoli osiągamy 5, 6 węzłów – dobre i to.

Poranne wyniki trochę nas dobijają. „Christian Radich” prowadzi, płynąc 60 mil przed nami, a „Chopin” jest 40 mil z przodu. Ale się nie poddajemy. Trymujemy żagle i precyzyjnie sterujemy. Wydaje się, że powoli przyspieszamy. Przeciwny prąd słabnie i wieje nam trochę mocniej niż prowadzącym jachtom (płyniemy dwa węzły szybciej od nich). Sternikom daję proste zadanie: „Płyniemy ostro i szybko – nie schodzimy poniżej 8 węzłów”. Rozkoszujemy się szybką żeglugą przy niewielkiej bocznej fali. Koło nas „Olander” (płynął szybciej przy słabych wiatrach, ale teraz go żwawo wyprzedzamy). Przechył zaczyna być dość znaczny, a naprężenia w takielunku spore. Wieje piątka, a my niesiemy na masztach wszystko, co mamy. Późnym wieczorem pada rekord wyścigu i sezonu: 10,1 węzła. Wypadałoby zmienić genuę. To stary i bardzo słaby żagiel, ale za to jak ciągnie. Trudno, będziemy nieśli go do końca, aż strzeli, poświęcimy go w walce. Huk dopada mnie w nawigacyjnej. Genua rozpada się na dwa kawałki. Dobrze, że mamy trochę zapasu wysokości. Odpadam nieznacznie, aby nie tracić prędkości przy wymianie żagla.

Kolejny waypoint mijamy przed szóstą rano, w chwili, gdy dopada nas „Sørlandet”. Co on robił prawie cały wyścig za nami? Pewnie zabłądził na nawrocie tuż po starcie. Pozostaje nam ostatnie 60 mil do mety na fordewindzie. Płyniemy dwoma kursami baksztagowymi – to bardziej efektywna żegluga. Dowiadujemy się, że wróciliśmy do gry, zajmujemy drugie miejsce (tracimy do „Christiana Radicha” tylko dwie minuty). Wiele już zrobić nie możemy. Wszystkie żagle postawione, płyniemy z wiatrem pod najbardziej efektywnym kątem do wiatru, a precyzyjne sterowanie wyciska z „Głowackiego” wszystko, co możliwe. Oby nie siadł wiatr, ale prognozy o tym nic nie mówią. I wreszcie rozlega się na pokładzie ogromny krzyk radości. Przecięliśmy linię mety z dużym zapasem czasu. O, Boże! Zrobiliśmy to! Drugi cud w tych samych regatach – „Głowaś” znów wygrywa, pokonując piękne norweskie żaglowce, najbardziej utytułowane i najczęściej wygrywające w historii The Tall Ships Races. Po przeliczeniu czasów „Christian Radich” przegrał z nami o dwie godziny, a „Statsraad Lehmkuhl” o trzy. Z dumą odbieramy przechodni kamień z Hornu, najbardziej prestiżową nagrodę w regatach wielkich żaglowców, która od ponad 40 lat jeździ po świecie wraz z kolejnymi zwycięzcami. Teraz przez rok będzie w Trzebieży, gdzie „Kapitan Głowacki” ma bazę.

Czy „Głowacki” okazał się maszyną regatową? Czy poznaliśmy przepis na wygrywanie tą jednostką? Przecież dotychczas ten polski żaglowiec uznawany był za outsidera, drwiono, że wiezie na rufie napis „koniec wyścigu”, że jest pierwszą jednostką, która się wycofuje z regat, by zdążyć do kolejnego portu na imprezy. Oba tegoroczne wyścigi udowodniły, że w sprzyjających warunkach, przy zaangażowaniu załogi i precyzyjnym żeglowaniu „Głowacki” może wygrywać The Tall Ships Races w prestiżowej klasie A. Biorąc pod uwagę oba wyścigi, „Kapitan Głowacki” był też najszybszy w całej flocie w czasie przeliczonym (bez podziału na klasy).

Dziękuję obu moim załogom, Oli Glinko – naszej tajnej stacji brzegowej, załodze „Chopina” (jesteście wielcy i wspaniali), załodze „Pogorii” (zawsze można na was liczyć). Dziękuję żeglarzom z jachtów „Wilhelmstadt”, „Kika”, „Olander”, „Urtica”, „Zryw” i „Polonez”, którzy przyczynili się do stworzenia wspaniałej atmosfery w portach. Dziękuję też dzielnemu „Głowackiemu”, który nigdy mnie nie zawiódł. To przede wszystkim on wygrał te regaty.

Wojciech „Bolo Jr” Maleika, kapitan s/y „Kapitan Głowacki”

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości