Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

Volvo na egzotycznym szlaku

  • Krzysztof Olejnik, Wiatr
  • środa, 28 marca 2012

Volvo na egzotycznym szlaku

Hiszpanie znów pierwsi na mecie

Z uwagi na zagrożenie atakiem piratów trzeci etap Volvo Ocean Race był kolejnym dwuczęściowym odcinkiem regat. Sprinterska część odbywała się na wodach Zatoki Perskiej, niemal w cieniu amerykańskich lotniskowców i floty Iranu sposobiących się do wojny. Po wyładowaniu jachtów ze statku w Male na Malediwach rozegrano drugą, o długości ponad 3 tys. mil, na bardzo egzotycznych wodach. Do pięciu jachtów dołączył team „Sanya”, który po problemach z takielunkiem podczas etapu drugiego nie zdążył zabrać się morskim transportem do Abu Zabi.

Wyścig do Chin to etap stawiający wysokie wymagania przede wszystkim nawigatorom. Wiadomo było, że nie będzie raczej bardzo silnych wiatrów, bo północny rejon Oceanu Indyjskiego na ogół jest łaskawy dla żeglarzy. Wprawdzie w poprzedniej edycji regat, przed trzema laty, właśnie tutaj załogi walczyły z silnym sztormem, który niszczył sprzęt pokładowy, ale tym razem prognozy były bardziej pomyślne. Kolejny odcinek, wiodący przez Cieśninę Malakka (najdłuższa na świecie, ma ponad 900 km), także nie należy do sztormowych. Ostatnie mile to żegluga w strefie brzegowej Wietnamu, wprost na chińską wyspę Hainan, gdzie znajduje się miasto Sanya. Tutaj także nie oczekiwano silnych podmuchów, ale kłopoty mogły sprawiać słabe, zanikające wiatry oraz przeciwny prąd. Taka trasa wymagała od załóg dużej koncentracji, wiadomo było, że prawie wszystkie jachty będą płynąć bardzo blisko siebie, a o sukcesie przesądzi odporność fizyczna, łut szczęścia i taktyka.

Po starcie jachty rozbiegły się po oceanie, wiadomo jednak było, że w pobliżu Dondra Head, południowego cypla Sri Lanki, poznamy liderów. W czołówce znaleźli się Hiszpanie z „Telefoniki”, tuż za nimi płynęli Francuzi z „Groupamy”. Dobrze radziła sobie załoga jachtu „Camper”, wykorzystująca każdą zmianę wiatru, by umacniać swą pozycję. Na pokładzie widać było wielką mobilizację, co mogło być skutkiem wizyty w ostatnim porcie etapowym szefa syndykatu Granta Daltona i zaangażowania trenera Roda Davisa, mającego za sobą kilka kampanii w Pucharze Ameryki.

Wszyscy parli na wschód przez wody Zatoki Bengalskiej, ale „Sanya” zdecydowała się ponownie na pokerową zagrywkę, schodząc na południe, by tam szukać silniejszego wiatru. Mając najwolniejszą i najstarszą łódź, chińska załoga zmuszona jest do podejmowania największego ryzyka.

W cieśninie pierwsza zameldowała się „Telefonica”. Różnica pomiędzy pierwszym i czwartym jachtem wynosiła zaledwie 10 mil, co zapowiadało zaciętą walkę. – Żegluga przez cieśninę była jak jazda pod prąd na autostradzie. Wszędzie statki (pływa tam 15 tysięcy jachtów dziennie). Ruch jak na obwodnicy Paryża. A my przecież musimy wyciskać z jachtu jak najwięcej, bo rywale nie poczekają. Aż do Singapuru każdy z nas miał oczy dookoła głowy. Ścigaliśmy się z „Pumą”, to dobry i wymagający przeciwnik. Ich jacht nieco lepiej żegluje pod wiatr, ale prowadzenie przechodziło z rąk do rąk – mówił na mecie Franck Cammas, skipper „Groupamy”. Najsłabiej ten egzamin zdali żeglarze z „Abu Dhabi” oraz „Campera”, którzy tylko podczas jednej nocy stracili do rywali ponad 25 mil.

W cieśninie żeglarzy zaskoczyły ogromne ilości śmieci pływające na powierzchni morza. Czasem, z uwagi na rozmiary, były zagrożeniem dla jachtów. – To były ogromne ławice śmieci, przejmujący widok. Było tam dosłownie wszystko, hektary nieczystości, wśród których można było znaleźć nawet odpady wielkości ciężarówki – powiedział poruszony Damian Foxall z „Groupamy”. W najwęższym miejscu cieśnina ma około 15 kilometrów. Przed laty był to rejon najbardziej na świecie zagrożony piractwem, dziś jest nieco spokojniej, ale skutkuje to wzrostem ruchu statków.

Na Morze Południowochińskie pierwsi wyszli Hiszpanie, a w ślad za nimi Francuzi. Do lidera tracili zaledwie 3,5 mili. Kiedy wszystkie jachty opuściły wody cieśniny, wyścig zaczął się prawie od nowa. Do mety pozostało około 1,1 tys. mil. Pytanie brzmiało: trzymać się wietnamskiego brzegu, walcząc z przeciwnym prądem, czy odjechać nieco w morze i zmagać się z silnym wiatrem. Najlepiej tę zagadkę rozwiązała załoga hiszpańska, ich „Telefonica” płynęła na czele stawki. Druga była „Groupama”, a trzeci „Camper”. Jednostki żeglowały w odległości kilku mil, ale słaba widoczność uniemożliwiała kontakt wzrokowy. Pomiędzy pierwszym a piątym jachtem dystans wynosił zaledwie 55 mil. Jedynie „Sanya” traciła do lidera ponad 200 mil. Do mety nic już się nie zmieniło. „Telefonica” pilnowała przewagi i zwyciężyła. Drugie miejsce dla „Groupamy”, trzecie dla jachtu „Camper”, czwarte dla „Pumy”, piąte dla „Abu Dhabi” i szóste dla jachtu „Sanya”.

W Chinach, przy wietrze o sile około 20 węzłów, rozegrano etap portowy. Na gładkiej wodzie jachty bez trudu żeglowały z prędkością powyżej 25 węzłów. Wygrali Hiszpanie na jachcie „Telefonica”. Było to już drugie zwycięstwo tego zespołu w regatach portowych (wcześniej wygrali w Kapsztadzie). Jeśli dodamy do tego trzy zwycięstwa w trzech etapach oceanicznych, już wiadomo, kto jest faworytem tych regat. Hiszpanie dowodzeni przez duet Iker Martínez – Xabi Fernández żeglują doskonale taktycznie i potrafią „wycisnąć” z łódki maksymalną prędkość. Obecnie załogi płyną na trasie czwartego etapu, do Auckland.

Marek Słodownik

Klasyfikacja generalna

„Telefonica” 101 pkt

„Camper” 83

„Groupama” 73

„Puma” 53

„Abu Dhabi” 43

„Sanya” 17

 

Tagi: .
Wiatr portal dla żeglarzy

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości