Magazyn Wiatr - portal żeglarzy i pasjonatów sportów wodnych

„Cierpliwości, wkrótce popłyniemy”, czyli opowieść o człowieku, który 29 lat czekał na wyjście z portu

Zapraszamy na 8. Festiwal Filmów Żeglarskich Jachtfilm

  • Andrzej Minkiewicz
  • środa, 31 października 2018

8. Festiwal Filmów Żeglarskich Jachtfilm odbędzie się odbywać w warszawskim kinie Luna 1 i 2 grudnia. Informacje o wszystkich filmach i programie tegorocznego JachtFilmu dostępne są na stronie www.jachtfilm.pl. Dlaczego warto wpaść do kina na żeglarską ucztę? Oto jeden z powodów.

Słyszeliście nazwisko Roberta Manry? Pewnie nie. Chyba, że trafiła w wasze ręce książka „Tinkerbelle” wydana w Polsce w 1976 roku. Istniało wtedy Wydawnictwo Morskie, które w serii „Sławni żeglarze” publikowało książki o ciekawych żeglarskich wyprawach. Na okładce jest zdjęcie małej żaglówki i siedzącego za sterem mężczyzny. Jest uśmiechnięty od ucha do ucha…
Robert Manry urodził się w rodzinie brytyjskiego misjonarza w Indiach w 1918 roku. Tam spędził pierwsze lata życia. Wtedy też, mając naturę energicznego i interesującego się wszystkim dzieciaka, przeżywał pierwsze przygody. Jeszcze w Indiach, na rzece Ganges, poznał technikę żeglowania na małych łodziach.

Po powrocie z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, jako nastolatek spotkał pierwszego w swoim życiu prawdziwego „podróżnika”. Był to młody Niemiec, który jakimś cudem trafił do miejscowości, gdzie mieszkała rodzina Manry. Opowiedział Robertowi, jak różnorodny jest świat. A przede wszystkim pokazał, że można podróżować dla samej przyjemności poznawania. Robert, zafascynowany tymi opowieściami, prawie zapominał o spaniu. Po nocach czytał podróżnicze książki i marzył o własnych dalekich wyprawach. Największym jego marzeniem był daleki rejs żaglową łodzią.

Przez kolejne 29 lat jego życie wyglądało bardzo stereotypowo. „Statystyczny uniform, model szyty na miarę” – można powiedzieć, cytując piosenkę Leonarda Luthra. W 1965 roku był typowym mieszkańcem przedmieść amerykańskiego miasta Cleveland w stanie Ohio. Miał żonę, dwójkę dzieci i psa, samochód kombi, domek z garażem i podjazdem. Pracował na stanowisku korektora tekstów w dzienniku „Plain Dealer”. Była to dość monotonna praca polegająca na przeglądaniu i poprawianiu tytułów, nagłówków i artykułów nadsyłanych do gazety.
Na początku czerwca 1965 roku, do macierzystej redakcji wysłał list z portowego miasta Falmouth na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Napisał w nim, że właśnie wyruszył w samotną podróż przez Atlantyk na żaglówce o długości 4,11 metra. Tego samego dnia kończył 47 lat.

W tamtych czasach morska podróż małą łódką była wydarzeniem równie niecodziennym, jak lot w kosmos. Szefowie dziennika „Plain Dealer”, w którym pracował Robery Manry wykazali się biznesowym sprytem już w kilka chwil po otrzymaniu listu. Wyczuli okazję do zarobienia pieniędzy, do zwiększenia nakładu i sprzedaży tytułu. W mediach natychmiast zaczęły się ukazywać publikacje na temat tej podróży.

Żeglarska odyseja zakończyła się w Falmouth w Anglii po 78 dniach. Jego rejs był wspaniałym wyczynem żeglarskim – wzbudził ogromne zainteresowanie i entuzjazm rzeszy sympatyków. W porcie Falmouth sternika malutkiej łódki „Tinkerbelle” witał 50-tysięczny tłum Brytyjczyków.

Takie historie zwykle zmieniają ludzi, i to mocno. Robert Manry miał nadzieję, że napisze o swojej podróży książkę. W ten sposób chciał nieco zrekompensować poniesione wydatki. Nie przewidywał jednak, że już nigdy nie zasiądzie za korektorskim biurkiem w swojej redakcji, oraz tego, że stanie się bohaterem tysięcy zwykłych młodych Amerykanów, w których wzbudzi chęć podróżowania i odkrywania. Film „Robert Manry na morzu” opowiada historię zwykłego człowieka, który po prostu miał marzenie i potrafił na jego realizację czekać bardzo długo.

Wróćmy jeszcze do mediów, bo dziennikarze, fotoreporterzy i prezenterzy telewizyjni są równie ważnymi postaciami filmu, jak nasz bohater. Może nawet ważniejszymi. „Manry na morzu” to także opowieść o amerykańskich mediach, ich sposobie działania ponad pół wieku temu, o drapieżnym wyścigu w docieraniu do newsów. Manry, zanim dopłynął do portu, stał się celem dziennikarskiego szturmu. Podróż, która rozpoczęła się jako skromne przedsięwzięcie jednego człowieka, zmieniła się w emocjonującą eskapadę, którą śledziła cała Ameryka. Dziennikarze robili wszystko, aby tylko zdobyć jakiekolwiek informacje o tej wyprawie.

Samotnego żeglarza na małej łódce na oceanie próbowały wyśledzić wojskowe samoloty RAF, o jego rejsie mówił „Głos Ameryki”. Przedstawiciele największych agencji prasowych przylecieli do Anglii, by relacjonować zakończenie rejsu. Jedynie Bill Jorgensen, popularny amerykański dziennikarz z lat 60. nie czekał aż Manry przypłynie do Anglii. Postanowił go znaleźć na oceanie. I o tym też jest ten film.

Repliki Festiwalu Filmów Żeglarskich Jachtfilm będą się odbywać także w Gdyni, Szczecie i Rybniku w pierwszym kwartale 2019 roku.

Andrzej Minkiewicz

Tagi: .

Witamy na portalu Wiatr.pl

Zaloguj się i odkryj nowe możliwości